FANDOM


Autorka: Ellenai

Wiatr wiał od morza i rozwiewał mi włosy, a ja z lubością wdychałam jod. Uwielbiałam zapach morza, a także je samo, nawet wtedy, gdy było wzburzone. Nie zależało mi specjalnie na tym, by wylegiwać się na plaży, lubiłam za to spacery brzegiem morza i przyglądanie się barwnym kamieniom w wodzie, tuż przy brzegu. Tyle ich było, każdy inny. Wiele ich już uzbierałam, znajomi śmiali się ze mnie, że z wczasów przywożę głównie kamienie. Cóż zrobić jednak, nie potrafiłam oprzeć się ich pięknu... Teraz też szłam brzegiem morza ze wzrokiem utkwionym w kamyki. W pewnej chwili pochyliłam się, bo zobaczyłam naprawdę przepiękny, tęczowy. Chciałam go wziąć, lecz ręka obsunęła mi się i przypadkiem chwyciłam inny, zupełnie zwyczajny. Chyba jednak niezupełnie zwyczajny, bo odniosłam wrażenie, jakby sam mi się wsunął do ręki, a moja dłoń sama zacisnęła wokół niego. No, a kiedy ją otworzyłam, nie było już go. Co, u licha?Musiał mi wypaść, a ja tego nie zauważyłam. Ale jak i kiedy? Pokręciłam głową. Może za długo już spaceruję, jestem zmęczona i mam zwidy? Czas wracać do ośrodka... Wróciłam i zupełnie zapomniałam o tym zdarzeniu. Kilka miesięcy później, gdy wróciłam już do domu, a piękne kamyki były porządnie ułożone w mojej kolekcji, pewnego dnia przeżyłam szok. Byłam na mieście i właśnie wychodziłam ze sklepu, gdy nagle zaczepił mnie jakiś mężczyzna. Zwykle nie odpowiadam na takie zaczepki, ignoruję je i jak najszybciej odchodzę, ale tym razem było inaczej. Mężczyzna położył mi rękę na ramieniu i powiedział: - Zaczekaj! Nie wiem, co kazało mi się odwrócić i spojrzeć mu w oczy. Ale uczyniłam to i... już nie mogłam się ruszyć. Chyba mnie zahipnotyzował samym spojrzeniem. Nie wiem, dlaczego tak zareagowałam... Nie był ani szczególnie przystojny, ani nawet młody. - Poznajesz to? - spytał i wyciągnął ku mnie drugą otwartą dłoń, którą dotąd trzymał zaciśniętą w pięść. Na jego ręku leżał kamyk... ten sam, a w każdym razie taki sam, jak ten, który znalazłam na plaży i który tak tajemniczo zniknął. W mgnieniu oka przypomniałam sobie całe wydarzenie. - Poznajesz? - tajemniczy mężczyzna domagał się odpowiedzi. Byłam w stanie jedynie kiwnąć głową. - Ty go znalazłaś? - dopytywał się. Znów skinęłam głową. Nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. - Dobrze - mężczyzna odetchnął, jakby z ulgą, puścił mnie, wyprostował się i dodał: - Kamień spełnił swoje zadanie. Teraz pozostaje poczekać - i nie wyjaśniwszy już ani słowa odszedł, zostawiając mnie w stanie kompletnego oszołomienia. Stałam jak zamurowana. "To był jakiś zboczeniec, albo wariat!" przyszło mi do głowy. "Daj Boże, abym go już nigdy więcej nie spotkała!" Niestety, miałam przeczucie, że go spotkam i to jeszcze niejeden raz... Kilka dni później spotkałam jakąś dziwną kobietę, a to, co przeżyłam dzięki niej, było jeszcze dziwniejsze. Kobieta wyglądała, jakby pochodziła z XIX wieku. Włosy miała związane w XIX - wieczny, stylowy kok, a ubrana była w... coś, co chyba w tamtych czasach nazywałoby się kostiumem podróżnym: długa spódnica z szarego płótna i niebieska bluzka. Gdy tylko mnie ujrzała, od razu się odezwała: - Nareszcie! Tak długo czekaliśmy! Nadszedł czas! - i podobnie jak wcześniej mężczyzna ona też położyła mi rękę na ramieniu. Choć nic z tego wszystkiego nie rozumiałam, od jej dotknięcia przeszedł mnie dziwny dreszcz. Czy to był zresztą dreszcz? Sama nie wiem... Poczułam coś takiego, jakby strumień światła przeszył całe moje ciało. Aż zabolało, o mało nie krzyknęłam. Całe szczęście, że się powstrzymałam. To wszystko działo się w środku miasta, dopiero by gapie mieli pożywkę... Natomiast kobieta spojrzała na mnie zdumiona: - Tak wielka... jak jeszcze nigdy - wyszeptała tajemniczo i... odwróciła się i sobie poszła. Bez słowa wyjaśnienia! Miałam już naprawdę dość tych dziwnych wydarzeń. Ilu jeszcze dziwaków spotkam? Czy nikt nie mógłby mi właściwie wyjaśnić, o co tu, u licha, chodzi?! Następny dziwny dzień zdarzył się po tygodniu. Wracałam do domu ze spaceru. Nikogo nie spotkałam, w każdym razie nie od razu, ale coś dziwnego stało się z pogodą. Był dotąd piękny, słoneczny dzień, aż tu nagle niebo zasnuły chmury i ni stąd, ni zowąd pojawiła się mgła. W środku dnia! W dodatku zjawiła się niesłychanie szybko i była straszliwie gęsta. W życiu tak gęstej nie widziałam. Nie śmiałam zrobić kroku, straciłam orientację, gdzie jest ulica, bałam się, że wpadnę pod samochód... Miałam nadzieję, że może zaraz się rozwieje, albo choć trochę przerzedzi, żebym mogła cokolwiek zobaczyć... I rzeczywiście, po kilku minutach mgła zaczęła znikać. Ucieszyłam się... za wcześnie, bo gdy ustąpiła, zobaczyłam dwie osoby, co do których miałam nadzieję, że nigdy już ich nie zobaczę. To był ten wariat z kamykiem i XIX - wieczna kobieta! Mało tego! Nie byłam w tym samym miejscu, w którym poprzednio, ale w jakichś ruinach, w zupełnie mi nie znanym miejscu. - Witaj! - odezwała się kobieta. Mężczyzna tylko skinął głową. Ogarnęła mnie złość: - Może wreszcie wyjaśnicie mi, co się tu dzieje i rozstaniemy się raz na zawsze? - zawołałam. Oboje spojrzeli na mnie zaskoczeni: - Naturalnie - odezwała się kobieta. - Zaraz wszystko ci wyjaśnimy... Ale najpierw odpowiedz: wierzysz w Moc? Tym razem ona mnie zaskoczyła. O co jej chodzi? - Nie rozumiem... - Czy wierzysz w Moc? - powtórzył mężczyzna takim tonem, że wręcz słychać było dużą literę. - Wierzę w Boga...- odparłam niepewnie. - A wiec wierzysz - zdecydowała kobieta. - A co wiesz o przeszłych wcieleniach? - Całkiem sporo - odparłam zdecydowanie. Rzeczywiście, takie sprawy zawsze mnie interesowały. - A więc wiesz, że dusza powraca na ziemię kilka razy w różnych ciałach? - Owszem - odparłam. - Z twoją duszą było tak samo - rzekł mężczyzna. - Pojawiłaś się kilka razy. Już od zarania czasów zostałaś obdarzona siłą. Zostałaś bowiem uznana za najgodniejszą. I od zarania czasów bronisz świata przed złem. Te słowa całkowicie mnie obezwładniły. Co to ma być?Jakieś RPG? - Nic... zupełnie nic nie rozumiem - odparłam zgodnie z prawdą. - Uwierz w to, dziecko - kobieta podeszła do mnie i położyła mi ręce na ramionach. - Po prostu w to uwierz. Jesteśmy twymi strażnikami i przewodnikami. Gdy otrzymujemy wiadomość, że znowu się narodziłaś, wysyłamy Kamień Wyboru. To ten - rzekła i położyła mi na dłoni dobrze mi znany zwykły szary kamyk, znaleziony na plaży. - Tylko on potrafi cię odnaleźć. Gdy Kamień przesyła nam wiadomość, że cię znalazł, my wkraczamy do akcji. Odnajdujemy cię i tłumaczymy ci twoją misję. Masz w sobie Moc, która została teraz obudzona. Ta Moc walczy ze złem. Tak było zawsze. - I zawsze nic nie rozumiałam? - wtrąciłam. Oboje się roześmieli. - Przeciwnie. Wcześniej jakoś łatwiej było ci wszystko wytłumaczyć. Szybciej zaczynałaś w to wierzyć. Im więcej wcieleń, tym wyjaśnienie tego jest trudniejsze. A powinno być na odwrót. Tyle razy już cię oświecaliśmy - powiedział mężczyzna. - Chwileczkę - odezwałam się. - Chcecie mi wmówić, że moja dusza ma moc, aby walczyć ze złem, powraca kilka razy i zawsze to wy mi wszystko tłumaczycie? - Właśnie. - A jakim cudem wy tak długo żyjecie? - My też powracamy kilka razy. - A Kamień? - On jest tu przez cały czas. Kamienie są wieczne. - A skąd wiecie, kiedy się pojawić, abyście mogli się spotkać ze mną? - Po prostu wiemy. Nasze dusze są ze sobą sprzężone. Zamyśliłam się nad tym, co usłyszałam i poczułam zawrót głowy. No, czegoś takiego nie słyszy się co dzień! A może naoglądali się za dużo :"Witchblade - Piętno mocy"? - Nie wierzę w to - powiedziałam. - To niemożliwe. - Rozumiem, że niełatwo ci w to uwierzyć - tłumaczyła łagodnie kobieta. - Coś ci pokażę, może nie będzie ci tak trudno... Weź mnie za rękę - dodała, wyciągając do mnie dłoń. - Co mi pokażesz? - spytałam, mimowolnie chwytając jej rękę. - Twoje poprzednie wcielenia - odparła i wciągnęła mnie w jakiś srebrnobiały wir powietrza, który nieoczekiwanie pojawił się obok nas. Znalazłyśmy się w jego środku i wirowałyśmy razem z nim. Po kilku minutach (a może sekundach?) wirowanie ustało, a my znalazłyśmy się w jakimś mieście. - To San Francisco - powiedziała moja przewodniczka - w wieku XIX. To tutaj poprzednio żyłaś. Popatrz - wskazała na zbliżającą się ku nam kobietę. - To ty. Gdy kobieta podeszła bliżej, zauważyłam, że ma czarne włosy, a na nich niebieski kapelusz. Choć było ciepło, na ręce miała założone rękawiczki, ale nie takie jak nasze, zimowe, tylko cieniutkie, białe, a ubrana była w stylową suknię z białej mory. Zaraz... mora? Skąd, do licha wiem, że to mora, skoro nawet nie dotknęłam materiału, ba, nawet nie wiem, jak wygląda mora! Moja przewodniczka uśmiechnęła się. - Ruszajmy dalej - rzekła i powróciłyśmy w wir. Tym razem znalazłyśmy się na wsi. - To pod florencka willa w wieku XVIII - objaśniła mnie moja znajoma. - To ty - dodała, wskazując przed siebie. Przed nami na ławce siedziała kobieta w średnim wieku, ubrana w suknię koloru "śnieżnej bieli", z czerwoną, przypiętą do ramion szarfą, we włosach miała szkarłatne wstążki, a stopy obute w piękne brązowe pantofelki. Jej ubranie wskazywało na to, że pochodziła z bardzo dobrej rodziny. Chyba nie była biedna... Czytała książkę, a więc była wykształcona. Wokół ławki, na której siedziała, kwitły bugenwille. Chwileczkę... bugenwille? A skąd ja wiem, że to bugenwille? Dotąd nawet nie wiedziałam, że taka roślina istnieje! - Idźmy dalej - rzekła towarzysząca mi kobieta i znów chwyciła mnie za rękę. Po jakimś czasie znów znalazłyśmy się w mieście, ale innym, niż poprzednio... Stałam na balkonie bogatego domu. - To Londyn - odezwała się kobieta. - Wiek XVII. A to ty - dodała, wskazując na pokój, na balkonie którego stałyśmy. Przy fortepianie stojącym w pokoju siedziała dziewczynka, na oko 10 - letnia, w blado-błękitnej sukience zapinanej wysoko pod szyję. Włosy miała związane błękitną wstążka, a na stopach białe pantofelki z guziczkami. - Dalej - powiedziała kobieta i ruszyłyśmy głębiej w przeszłość.

- Jesteśmy w Polsce, w wieku XV - mówi po chwili i widzę staruszkę w sukni z delikatnego zielonego materiału o ciemnozielonej spódnicy. Siedzi na werandzie pięknego staropolskiego dworu o białych ścianach. Kobieta nic nie musi mi mówić. Wiem, że to ja. - Trzymaj się - rzekła. - Teraz będzie większy przeskok w czasie. Już nie będziesz się pojawiała co 100 lat. Rzeczywiście, tym razem byłyśmy w tym wirze trochę dłużej. Gdy wreszcie się z niego wydostałyśmy, stałam na pięknej zielonej łące, a nieopodal nas dwoje ludzi - kochanków, sądząc po tym, jak się do siebie czulili. - Irlandia - odezwała się moja przewodniczka.- Przełom XII i XIII wieku. Ta dziewczyna to ty. Dziewczyna ubrana była bogato, w suknię z czerwonego jedwabiu z Kopenhagi ("Zaraz, a skąd ja właściwie wiem, że ten materiał jest z Kopenhagi?"), a młodzieniec ofiarowywał jej wielką złotą broszę ze szmaragdem. Ciekawa byłam, skąd ją wziął, bo nie wyglądał zamożnie. Ale brosza była piękna. Też bym chciała taką mieć. - Naprzód - mówi kobieta i chwyta mnie za rękę. Tym razem zatrzymałyśmy się w jakimś starożytnym mieście, a przed mną siedziała na ławce przed... chyba łaźnią rzymską, może 15 - letnia dziewczyna, obwieszona biżuterią. Miała na sobie bransoletkę wysadzaną diamentami, pierścień zdobiony szafirami i diamentami i drugi ze złota w kształcie wieńca z liści, okalającymi duży rubin. - Gdzie jesteśmy? - spytałam. - Wiek II naszej ery - odrzekła kobieta. - Rzym. Jesteś córką jednego z generałów Cezara i ponad wszystko kochasz złoto. Tylko twoja misja jest dla ciebie ważniejsza. Idziemy dalej - kończy kobieta i ruszamy dalej. Następnego miejsca nie musiała mi przedstawiać. Grecki amfiteatr rozpoznałabym na końcu świata. Siedziałam na widowni, tuż obok kobiety z dwojgiem dzieci i wiedziałam bez tłumaczenia, że to moje przeszłe wcielenie. - Wracamy - rzekła kobieta. - To już wszystkie twoje przeszłe wcielenia. Po chwili z powrotem znalazłyśmy się w ruinach. - A co to za miejsce? - spytałam, rozglądając się dookoła. - Nigdy go nie widziałam. - W tym miejscu narodziła się pierwsza istota obdarzona mocą - odrzekł mężczyzna. - Wszystkie osoby są tu zaprzysięgane. - Osoby? - zadrwiłam. - Chyba kobiety. Wygląda na to, że ani razu nie byłam mężczyzną. - To prawda! - rzekła kobieta. - Zawsze byłaś kobietą, bo tylko kobieta posiada odpowiednią siłę, aby udźwignąć tak wielką odpowiedzialność i panować nad Mocą. Westchnęłam. Chyba nie miałam wyjścia. - No to zaprzysięgajcie mnie w końcu i pozwólcie mi wreszcie wrócić do domu. - To nie takie proste. Musimy się przekonać, że masz rzeczywiście szczerą i prawdziwą chęć do walki ze złem. Że nie cofniesz się, nie uciekniesz. Musisz wiedzieć, że to nie będzie takie zwyczajne ludzkie zło, jak przestępstwa czy nawet wojny. Ty będziesz musiała walczyć z demonami, potworami, uosobieniami zła... - Dobrze, dobrze, rozumiem - przerwałam. - A jak niby te monstra będę mogła pokonać? - Dostaniesz odpowiednią siłę - obiecał mi mężczyzna. - Już właściwie ją w sobie masz, tylko się jeszcze nie przebudziła. - A więc, czy chcesz? Podejmiesz swe obowiązki? Powinnaś wiedzieć, że jeśli wybierzesz ten los, wiele będziesz musiała poświęcić. Możesz zostać wezwana do walki w każdej chwili... na przykład w czasie ważnego egzaminu albo gorącego pocałunku... a nawet w czasie burzy śnieżnej. Pomyśl o tym! I będziesz musiała pójść, nie będziesz mogła powiedzieć: "nie chce mi się", czy "boję się". No i musisz się liczyć z tym, że w każdej chwili możesz zostać zraniona albo nawet zabita! Wzdrygnęłam się. Jestem młoda, nie chcę umierać! Ale jeśli się nie zgodzę, wyjdę na tchórza... i właściwie nim będę. - W porządku, rozumiem. Zgadzam się - oświadczyłam, czując, że nieodwołalnie zamykam za sobą jakieś drzwi. Pewnie do mojego dawnego życia... - Wspaniale - rozpromienił się mężczyzna. On i kobieta stanęli obok siebie, wzięli się za ręce i od ich splecionych dłoni zaczął nagle bić niezwykle silny blask, tak silny, że musiałam zamknąć oczy, aby nie oślepnąć. Gdy je znowu otworzyłam, zauważyłam, że oboje mieli na sobie inne ubranie. Mężczyzna był ubrany w fioletowy strój: spodnie, koszulę, pelerynę i kapelusz, wszystko w tym kolorze, natomiast kobieta była ubrana w fioletową suknię i kapelusz przybrany różowymi różami. - Jestem Emma, twoja strażniczka i przewodniczka - odezwała się kobieta. - Jestem Faustyn, twój strażnik i przewodnik - rzekł mężczyzna. - A ja jestem Gabriela - przedstawiłam się, aby wszystko było jasne. Oboje zbliżyli się do mnie. Faustyn stanął po jednej stronie, kobieta, Emma po drugiej. Ponad moją głową schwycili się za ręce i równocześnie powiedzieli: - Potęgo wszechświata, przybądź! Potęgi żywiołów, darzcie ją przychylnością! Potęgo dobra, otocz swoją sługę ochroną! O wielka Mocy, daj jej mądrość, dobroć i rozwagę, niech dobrze ci służy! Wtedy i mnie otoczył blask, a kiedy spojrzałam na siebie i ja wyglądałam inaczej. Moje włosy, dotąd proste, sięgające do ramion, urosły i falując, spływały aż do pasa. A ubranie... Miałam na sobie dziwny trykot, jakby utkany ze światła. Przy wycięciu przy szyi połyskiwało coś, co przypominało cekiny. We włosach miałam przepaskę, na której mieniły się kolorowe kamyki. - Mam się tak ubierać? - jęknęłam. - Jak ja się pokażę na ulicy? - To twój strój do walki, coś jakby zbroja - objaśniła mnie Emma. - Na co dzień będziesz wyglądać zwyczajnie. - A włosy? Nikt mi nie uwierzy, że nagle tyle mi urosły i ni z tego, ni z owego skręciły się w loki. - Na co dzień włosy będziesz miała takie jak dotąd. Zmieniłam trochę twój wygląd, aby wrogom nie było łatwo cię rozpoznać, gdy będziesz... w cywilu. - Rozumiem z tego, że mam prowadzić podwójne życie? - Coś w tym rodzaju. - A jak ta metamorfoza będzie się dokonywać? Jakieś zaklęcie? - Nie. Wystarczy, że mocno zapragniesz walczyć ze złem i staniesz się wojowniczką. - A jeśli nie będę wiedziała, co robić? - Musisz sobie jakoś radzić. Ale jeśli będziesz w kropce, możesz zawsze zwrócić się do nas. Jesteśmy tu zawsze. Ale muszą to być naprawdę poważne problemy. W byle czym nie będziemy ci pomagać. Jeśli jednak będziesz nas potrzebować, znajdziesz nas tutaj. - Tutaj? Świetnie. Nawet nie wiem, gdzie jest to "tutaj"! Jak ja się tu dostanę? - Po prostu wystarczy, że mocno zapragniesz z nami porozmawiać - wyjaśnił mężczyzna i dodał: - Wracaj teraz do domu. Pamiętaj, czego się podjęłaś i jaką odpowiedzialność wzięłaś na siebie. Masz teraz moc widzenia zła i pokonywania go. Powodzenia i... uważaj na siebie - i w tej samej chwili znów otoczyła mnie mgła, a po chwili znów byłam na ulicy przed sklepem. Byłam trochę oszołomiona po tym, co przeżyłam, ale, mimo, że podobno miałam w sobie tę moc, czułam się tak samo jak przedtem. Zdawałam sobie jednak sprawę, że moje życie się zmieniło i nigdy już nie będzie takie jak przedtem. Nie martwiłam się jednak. Moje poprzednie życie było śmiertelnie nudne, może teraz zacznie się wreszcie coś dziać. Może wreszcie pojawią się jakieś fajne przygody... Gdybym tylko wiedziała, co to będą za przygody! Jakąż naiwną idiotką byłam wtedy! Przez najbliższe dni nic jednak się nie działo. Żyłam równie spokojnie jak dotychczas. A ja, głupia, wyobrażałam sobie, że co dzień będę musiała stoczyć kilka ciężkich bitew i już widziałam siebie jako zwyciężczynię, z nogą wspartą na karku pokonanego potwora... Nie miałam pojęcia, że już wkrótce takie spokojne chwile będą rzadkością i że będę za nimi tęsknić, jak duszący się człowiek za powietrzem... No i nadszedł pierwszy ważny dzień. Nic nie wskazywało, że będzie wyjątkowy, chyba, że za oznakę można uznać to, iż był wyjątkowo piękny jak na jesień. Cieplutko, niebo bezchmurne, grzechem byłoby siedzieć w domu, wiec poszłam do parku. Było tam pusto, aż mnie to zdziwiło, bo przy takiej pogodzie ludzi powinno być pełno. Chciałam jednak sobie trochę pomyśleć w spokoju o tym, co mnie niedawno spotkało, więc pustka ta była mi na rękę... Spacerowałam po alejkach, aż do chwili, gdy z zamyślenia wyrwał mnie jakiś okrzyk. Był to najwyraźniej okrzyk bólu. Gwałtownie wyrwana z rozmarzenia rozejrzałam się dookoła i... zaraz, co tu się zmieniło? Byłam obok altanki, przy której stał posąg fauna. Teraz zamiast niego stało tam coś... Właśnie coś, czego nie można określić! Było ohydne. "Co, u licha - pomyślałam - zmienili zabytkowy pomnik na takie monstrum? Co to właściwie ma przedstawiać?"? W tej właśnie chwili "pomnik" poruszył się, a ja zobaczyłam, że przed nim na ścieżce leży mały, może 5, 6 - letni chłopczyk. To właśnie on krzyknął. Z przerażenia, a może z bólu, a może i z jednego, i z drugiego powodu? Potwór, którego wzięłam za pomnik, stał do mnie tyłem i przyciskał go obrzydliwą łapą do ziemi i syczał, prychał, warczał, nie wiem, jak określić jego głos, ale można było zrozumieć jego słowa: - Gdzie jest wojowniczka? Zamarłam z przerażenia. Scena byłą przerażająca, a ja właśnie się dowiedziałam, że jakaś potwora mnie szuka. Rozumiałam naturalnie, że ta "wojowniczka" to ja! Jednocześnie zdałam też sobie sprawę, że to coś z piekła rodem jest chyba niezbyt mądre, bo niby skąd to dziecko miałoby o mnie wiedzieć? Czy trąbiłam na wsze strony świata o tym, kim jestem? No cóż, najwyraźniej nastał czas pierwszej walki, a przede wszystkim muszę uratować tego chłopczyka. Jakoś przemogłam strach, cofnęłam się między drzewa i starałam się skupić. Jak to mówiła ta dziwna para? Że wystarczy bardzo zapragnąć, aby zmienić się w wojowniczkę... No to zapragnęłam... I nic się nie stało. Napięłam do granic możliwości wolę, ciało i zmysły i starałam się zmienić. Nic z tego! Nie udawało się! Co robić? Jeśli szybko się nie stanę gotowa do walki, ten mały biedak zginie! I ta właśnie myśl mi pomogła. Stanęłam w lekkim rozkroku, ręce wyciągnęłam w bok, a następnie uniosłam je do góry: - Niech Moc wszechświata, żywiołów i dobra wspomogą mnie! - wykrzyknęłam, przypominając sobie słowa moich strażników. To było to! Zmieniałam się, zastanawiając nad tym, dlaczego tamtych dwoje powiedziało, że nie jest potrzebne żadne zaklęcie, podczas gdy właśnie było potrzebne! Zapomnieli, czy zmieniły się reguły od poprzedniej inkarnacji? Nie było jednak czasu na zastanawianie. Spojrzałam na siebie, zauważyłam swój trykot, poczułam również, że moje włosy znów są długie i falujące. Moc i siła napełniała moje ciało, ale prócz niej czułam też niezwykłą odwagę. Ona również musiała mieć źródło w tej mocy. A może to zwykła adrenalina? Albo świadomość, że mam siłę, dodała mi tej odwagi. Pobiegłam szybko w stronę szlochającego chłopca. Biedaczek klęczał na ścieżce przed potworem. Dziwiło mnie, jak tam się znalazł sam. Co za rodzice puścili go samego, bez opiekuna? Nieopodal spostrzegłam jednak siatkę z jakimiś rzeczami i zrozumiałam, że posłali go pewnie do niedalekiego sklepu po zakupy. Przechodził przez park i miał pecha, bo wpadł na to...coś. Teraz klęczał przed potworem i jęczał: - Proszę...proszę...nie zabijaj... ja nic nie wiem, naprawdę, naprawdę! Jeszcze bardziej zrobiło mi się żal dziecka, stanęłam więc za plecami potwora i zawołałam: - Szukałeś mnie? Potwór obrócił powoli łeb i jego widok zmroził mnie. Powiedzieć, że jest paskudny, to o wiele za mało powiedziane! Nie wiem jednak, jak bardziej dosadnie go określić. Lecz nie zwracałam wielkiej uwagi na jego wygląd, tak byłam wściekła, że znęcał się nad małym, niewinnym chłopaczkiem. - Zostaw w spokoju to dziecko! - zawołałam.- On o niczym nie wie! Potwór wpatrywał się we mnie kompletnie zaskoczony, podobnie jak chłopiec, który szeroko otwartymi, zalanymi łzami oczyma, patrzył na mnie błagalnie, prosząc o pomoc. Ponieważ potwór puścił go, słysząc mój głos (najwyraźniej był za głupi, aby wykonywać dwie czynności naraz), poleciłam dziecku: - Schowaj się gdzieś, albo uciekaj, mały. Tu może być gorąco... Nie bój się, ten dinozaur nie pójdzie za tobą, zatrzymam go. Mały rzeczywiście uciekł alejką, a ja skupiłam uwagę na potworze. Staliśmy naprzeciw siebie, a ja nie wiedziałam, co robić dalej. Szczerze mówiąc, poczułam się strasznie głupio. - Podobno mnie szukałeś? -odezwałam się. Powtarzałam się, ale nic innego mi nie przyszło do głowy. - Oto jestem! Czego ode mnie chcesz? Wtedy znowu usłyszałam jego głos, jakby syczący, pluszczący czy mlaskający: - Wojowniczka! Mam cię wreszcie! Tak długo cię szukałem! Wreszcie jesteś w mojej mocy! Parsknęłam śmiechem. W czyjej, jak w czyjej, ale w jego mocy to się na pewno nie czułam. Śmiałam się bez obawy, wiedząc, że mój śmiech go rozdrażni. Miałam nadzieję, że dzięki temu stanie się jeszcze bardziej niezdarny. - Wkrótce się okaże, kto w czyjej jest mocy! - zawołałam. - Ja w twojej na pewno nie! Potwór stanął na rozkraczonych nogach (powinnam chyba raczej powiedzieć: tylnych łapach) i ujrzałam jakiś ciemny strumień biegnący w moją stronę przez powietrze. Nie wiem jak, ani kiedy, ale udało mi się zrobić unik. Uskoczyłam, a kiedy się obróciłam w kierunku miejsca, gdzie poprzednio stałam, zobaczyłam, że jego pocisk zrobił w ziemi potężny lej... Gdyby mnie trafił... Zrobiło mi się niedobrze, zostałaby ze mnie mokra plama! Całe szczęście, że nie ma tu więcej ludzi, przynajmniej nie będzie przypadkowych ofiar! Więcej pomyśleć nie zdążyłam, bo kątem oka zauważyłam zdążająca w moim kierunku jakąś lepką substancję. Tyle kosztowała mnie chwila nieuwagi! Dosłownie na mgnienie oka przestałam myśleć o walce i proszę! Na szczęście ta dziwna i jak się przekonałam, żrąca substancja tylko musnęła mój łokieć. Zabolało mnie potwornie, ale nie miałam czasu myśleć o ranie. Wiedziałam, że teraz nie mogę pozwolić na rozczulanie się nad sobą. Potem tym się zajmę! Ból jednak jeszcze spotęgował we mnie wściekłość i dobrze, bo nagle płynnym ruchem wyciągnęłam w przód ręce i wykrzyknęłam nie wiadomo skąd biorące się słowa: - Kosmiczny pył! W tej samej chwili z mojej dłoni posypał się złocisty pył, który gdy dotarł do tego... eee... dziwadła, oblepił go całego, obezwładnił go i sprawił, że upadł. Wygrałam, czy nie? Niby go pokonałam, tyle, że ciągle żył, a na to chyba nie mogłam pozwolić. Zabić człowieka czy zwierzęcia bym nie mogła, ale to nie jest ani jedno, ani drugie... Zastanawiałam się właśnie, jak go uśmiercić, gdy nagle leżącego smoka zaczął otaczać jakby jakiś czarny wąż, który obwinął go całego i monstrum zniknęło. Co się stało, u licha?Tylko chwilę się nad tym zastanawiałam, gdyż znów zabolał mnie łokieć i to porządnie. Nieważne, co się stało z maszkarą, później się tym zajmę. Teraz chyba powinnam opatrzyć łokieć, bo nie mam ochoty wykrwawić się na śmierć! Gdy jednak popatrzyłam na rękę, ogarnęły mnie mdłości. Wyglądała okropnie! Skóra spalona do żywego mięsa, widać kość... nie sądziłam, że to tak poważne! Nie dam sobie rady sama! Powinnam pójść do szpitala, tylko jak, na miłość boską, to wytłumaczę? W tej samej chwili pojawili się przed mną moi przewodnicy: - Pierwsza walka za tobą - rzekła Emma. - Zwyciężyłaś. Ale to była jedynie przygrywka! Ten potwór był tylko jednym z mało znaczących sługusów Ciemnego Królestwa. Był tylko pionkiem. - Co się z nim stało? - zapytałam. - Unicestwili go. Przegrał, więc nie mógł się już do niczego przydać. Ale to było nic, czekają cię dużo poważniejsze walki. - Nic? Ładne nic! Popatrz na mój łokieć! Faustyn pokiwał głową: - Pierwsza rana. Nie martw się, nic ci nie będzie... - Taaak?! A jeśli wda się zakażenie? Bóg wie, jaką truciznę to coś mogło wstrzyknąć do mojej krwi! Powinnam iść do szpitala i to zakaźnego! - A jak wytłumaczysz tę ranę? Napadł cię niedźwiedź? No tak, to był problem. Na tyle znałam lekarzy, że wiedziałam, iż nie popuszczą! Pewnie stałabym się sensacją medyczną! Na samą myśl o tym zrobiło mi się zimno. - To co mam zrobić? - jęknęłam. - Jako wojowniczka masz szczególną odporność - rzekła Emma. - Wyliżesz się z tego. Jeśli nie posiadałabyś tej odporności, zginęłabyś w pierwszej lepszej walce, a na to nie możemy pozwolić. - Pocieszające! - bąknęłam. - Dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedzieliście? - Musiałaś dać sobie radę bez tej wiedzy. To był jeszcze jeden test. Jednak odporność ta nie chroni cię przed zranieniem. Mogą też cię zabić. Nie boisz się? To może było dziwne, ale nie czułam strachu. - Nie - odparłam. - Nie boję się. Naprawdę. Oboje skinęli głowami i rozpłynęli się. Następnych kilka dni upłynęło spokojnie. To Ciemne Królestwo pewnie lizało rany, a może obmyślało następne posunięcie? Ja w każdym razie miałam spokój. Byłam jednak czujna. Wiedziałam, że do walki mogę zostać wezwana w każdej chwili. I dobrze, że miałam tę świadomość, bo po kilku dniach, gdy wracałam do domu z miasta, doszło do kolejnej walki. Mój przeciwnik, który nie przypominał absolutnie niczego, co do tej pory znałam, znalazł się przede mną... znikąd. Po prostu się pojawił. W pierwszej chwili się przeraziłam, ale to moje dziwaczne poczucie humoru... Przyjrzałam mu się i... parsknęłam śmiechem, bo to coś stanowiło połączenie kilku potworów z "Power Rangers", które nawiasem mówiąc, zawsze uważałam za obrzydliwe... Nie zastanawiałam się długo. Uniosłam ręce do góry i zawołałam: - Niech Moc wszechświata, żywiołów i dobra wspomogą mnie! - i kilka sekund później byłam już wojowniczką. - No! - rzekłam, zwracając się do potwora.- Coś mi się zdaje, że masz ochotę na zabawę! Dostarczę ci jej, tylko szybko zacznij, bo mi się śpieszy! Przemawiałam buńczucznie, ale tak naprawdę, to łydki trochę mi się trzęsły... Nie czekałam jednak na jego atak. Wyciągnęłam rękę i krzyknęłam: - Kosmiczny pył! Z mojej dłoni wytrysnął złocisty strumień, ale ten potwór był najwyraźniej mądrzejszy od tamtego... Uniknął mojego ciosu, usuwając się na bok, a zanim zdążyłam go ponownie zaatakować, skierował w moją stronę swój ohydny ogon i ryknął: - Kolec śmierci! Z jego ogona oderwał się jeden z kolców i pofrunął w moją stronę. Chwilę stałam niezdecydowana, ale wkrótce wiedza znów napłynęła do mojego mózgu i wyciągnąwszy przed siebie obie ręce, wykrzyknęłam następne zaklęcie: - Tarcza światła! W moich dłoniach była już piękna, prostokątna tarcza, która odbiła kolec z powrotem w stronę potwora. Nie spodziewał się tego i tym razem nie zdążył umknąć. Najwyraźniej nie był odporny na własną broń i mogła zranić również jego. Kolec wbił się w... eee... okolice piersi potwora. Nie zaryzykuję powiedzenia: serce, bo nie jestem pewna, gdzie ten potwór miał serce, o ile w ogóle je miał. W każdym razie zwalił się bez żadnego dźwięku na ziemię i już się nie poruszył. Zabiłam go. Podeszłam do niego ostrożnie, niepewna, czy to nie jakaś sztuczka, ale od razu widać było, że nie żyje. Trąciłam go nogą."Fuj, ale paskudztwo - pomyślałam. - Czy oni w tym Ciemnym Królestwie nie mają za grosz poczucia estetyki?" W tej samej chwili obok potwora pojawił się nagle przystojny młodzieniec. Miał jasne włosy i niebieskie oczy, był wysoki i smukły... "Ale facet!" - zachwyciłam się w duchu. Przez moment, bo ten przystojniak wyciągnął rękę i... zwłoki monstrum rozwiały się w powietrzu! Nie miałam już wątpliwości, kim on jest! Na pewno też należał do Królestwa Ciemności! Szkoda go dla nich, ale trudno! Przestałam się zachwycać i stanęłam w pozycji obronnej. A on spojrzał na mnie i rzekł głosem zimnym jak lód: - Nie docenialiśmy cię. Najwyraźniej jesteś silniejsza, niż myśleliśmy! Wygrałaś bitwę, ale nie wygrałaś wojny, a ja powrócę, bądź pewna! I zniknął, a ja pozostałam w zamyśleniu. Naprawdę, aż szkoda go dla sił zła! Ale jeśli wybrał taką drogę... No cóż, to w końcu jego życie... Zaraz, zaraz, a co ja właściwie o nim wiem? Wyglądał jak królewicz, to prawda, ale mógł być przecież jakimś potworem, duchem, demonem, czy ja wiem zresztą kim... "Zapomnij o nim!" nakazałam sobie w duchu. "Przystojny, fakt, ale nie należy oceniać ludzi po wyglądzie. Zresztą, czy on był człowiekiem? Poza tym pamiętaj, że jesteś wojowniczką, masz misję do wypełnienia i nie powinnaś się zakochiwać, a już na pewno nie we wrogu!" Bo że był wrogiem, nie miałam wątpliwości. Jednocześnie ogarnęły mnie inne uczucia. Poczułam dumę. Jestem ważna. Muszę walczyć z potworami i zwyciężam, choć przecież nigdy nie uczyłam się żadnej walki, ani korzystania z magii, a przecież doskonale sobie radzę! Moja duma coraz bardziej zmieniała się w pychę. Mam bronić tego świata! Zostałam wybrana, ja, jedyna spośród wszystkich ludzi! Kto wie, jaki poziom (pewnie niebezpieczny) osiągnęłaby moja duma, gdyby przede mną nie pojawili się moi strażnicy. Na ich twarzach malowała się surowość, a nawet gniew. Emma podeszła do mnie i uderzyła mnie w twarz. Ocknęłam się i przyłożyłam rękę do policzka. Palił jak diabli! - Dlaczego? Za co? - wyszeptałam. - Zasłużyłaś! - odparła Emma. - Przecież wygrałam... - Ale zaczęłaś wbijać się dumę. A to gorsze niż porażka w walce. Postąpiłaś źle. Nie pamiętasz, że pycha to pierwszy z grzechów głównych? Pamiętałam, ale... Ogarnął mnie wstyd. Pięknie postąpiłam, nie ma co! Słowa Emmy zabolały, ale miała rację! - Przepraszam - powiedziałam. - Już nigdy więcej tego nie zrobię! - Wierzę - odrzekł Faustyn. - A gdybyś znów poczuła na to ochotę, ucieknij się do poezji. Przeczytaj siebie wiersz Herberta "Przesłanie Pana Cogito" i odnieś to do siebie. - Znam ten wiersz - odparłam. - Prawie cały na pamięć. - Więc powtarzaj go sobie za każdym razem, kiedy zaczniesz wbijać się w dumę! Obiecałam. Tak - pomyślałam przy tym.- To dobry pomysł. Słowa wiersza:" Strzeż się jednak dumy niepotrzebnej, powtarzaj, zostałem powołany, czyż nie było lepszych" były napisane jakby specjalnie dla mnie! Muszę się pilnować! Kilka dni później ktoś zapukał do drzwi mego mieszkania. Gdy otworzyłam, ku mojemu zdumieniu zobaczyłam małą, śliczną, złotowłosą dziewuszkę, zalaną łzami. Zawsze ogromnie lubiłam dzieci, a ta mała, wyglądająca może na 5 lat w białej sukience, zapłakana, chwyciła mnie za serce od razu. Uklękłam obok niej i ujęłam ją za ramiona: - Co się stało, maleńka? Czemu płaczesz? - spytałam. - Mamusia... - wychlipało dziecko. - Mamusia mi zginęła! - Zgubiłaś się? Nie wiesz, jak trafić do domu? - upewniłam się. Mała kiwnęła głowa. - Pomożesz mi? - popatrzyła na mnie błagalnie. Musiałam jej pomóc. Postanowiłam, że zaprowadzę ją na posterunek policji i poczekam z nią, dopóki nie znajdzie się jej mama, czy tata, czy ktoś, kto się nią opiekuje... Ubrałam się więc, zamknęłam drzwi na klucz i ujęłam małą za rękę. Mała mocno ścisnęła moją dłoń a mi zrobiło się przyjemnie na myśl, że tak mi ufa. Jednocześnie jednak pomyślałam, że nie powinna być taka ufna. Całe szczęście, że trafiła na mnie, a nie na jakiegoś pedofila! Byliśmy już blisko posterunku policji, gdy nagle dziewczynka wyrwała mi rękę. Spojrzałam na nią zdumiona i aż odskoczyłam. Na moich oczach śliczna dziewczyneczka zaczęła się przemieniać w obmierzłego stwora. A więc to była jeszcze jedna sztuczka "tych z drugiej strony". Naprawdę muszę uważać... Nie czekałam dłużej. Wyrzuciłam ręce w górę i wypowiedziałam zaklęcie. Zmieniłam się w wojowniczkę i rozpoczęłam walkę. Było ciężko, ale jakoś dałam sobie radę. Kosmiczny pył załatwił dziwadło. Czekałam dłuższą chwilę, z nadzieją, że znowu się pojawi ten przystojniak z Ciemnego Królestwa, ale potwór sam zamienił się w proch. "Muszę być ostrożniejsza" pomyślałam. "Skoro są zdolni do takich podłości, żeby się podszywać pod małe dzieci..." Tego samego dnia, wieczorem, znów miałam spotkanie z moimi strażnikami. Tym razem pojawili się w moim pokoju. Pochwalili mnie, że nie straciłam zimnej krwi, kiedy dziewczynka zmieniła się w potwora i dodali: - Królestwo Ciemności już cię zna i wie, jak jesteś silna. Między innymi dlatego teraz uciekli się do podstępu. Wiesz: jak nie można być lwem, to trzeba być lisem... Jesteśmy z ciebie dumni. Dzisiaj doskonale dałaś sobie radę. - A teraz posłuchaj - dodał Faustyn. - Nadszedł czas, abyś dowiedziała się więcej. Jasnowłosy młodzieniec, którego spotkałaś, to jeden z dowódców. Strzeż się go, jest niebezpieczny. A spotkasz się z nim na pewno, bo to on wysyłał przeciwko tobie te potwory. Więc na pewno dojdzie do twojej walki z nim. Będziesz musiała go pokonać, jeśli będziesz chciała pójść dalej. A będziesz musiała pójść. - Dlaczego? - zapytałam. - To właśnie twoja główna misja - odpowiedziała Emma. - Twoim głównym celem jest dostanie się do Królestwa Ciemności. Musisz się tam dostać, bo Pan Światła został tam uwięziony, a wraz z nim jego siostra- Dama Światła, dzieci Świetlistej Zorzy. Oni rządzą jasnością i to dzięki nim na świecie nie panuje wieczna noc. Teraz, gdy zostali uwięzieni, istnieje możliwość, że zapanuje wieczna ciemność. Aby temu zapobiec, trzeba ich uwolnić. To niełatwe zadanie, a ty jesteś jedyną osobą, która ma dość siły, żeby to uczynić! - Mam uwolnić te dzieci? - upewniłam się. - Tak - odparł Faustyn. - Świetnie - rzekłam zrezygnowanym tonem. - Tylko może mi powiecie z łaski swojej, jak?! - ostatnie słowa wykrzyczałam. - Nie denerwuj się - uspokajał mnie Faustyn. - Nie wiemy jak, twoja w tym głowa. - Za wiele mi nie pomagacie - mruknęłam. - Jesteśmy twoimi strażnikami i przewodnikami, nie pomocnikami - obruszył się Faustyn. - Czy ja dam tam sobie radę sama? A jeśli nie będę wiedziała, co zrobić? - Dasz sobie radę - uspokajała mnie Emma. - Nie na darmo Kamień wybrał właśnie ciebie. - No dobrze. A jak ja się dostanę do Ciemnego Królestwa? Bo tam te dzieci są więzione, prawda? - Właśnie tak. A jak się tam dostać? Pomożemy ci. Jak zauważyłaś, wysłannicy Ciemnego Królestwa przybywają tutaj jeden po drugim. Odkryliśmy, gdzie mają swoje wrota prowadzące ich do naszego świata. Zaprowadzimy cię tam, ale dalej będziesz musiała pójść sama. - Zaraz... już mam tam iść? Taka nieprzygotowana? Na pewna czeka mnie tam wiele walk, aby uwolnić te dzieci... nie dam sobie rady! - Dasz! - upewniła mnie stanowczo Emma. - Przykro mi, ale nie ma czasu na dłuższy trening. Gdyby nie Dzieci Światła... - A kto będzie bronił świata, jak ja udam się na tę wycieczkę? - spytałam. Faustyn i Emma uśmiechnęli się: - Podejrzewamy, że będzie to niepotrzebne - powiedzieli. - Na dole będą mieli z tobą tyle kłopotu, że nie będą mieli czasu ani ochoty zajmować się naszym światem. - A poza tym - dodał Faustyn - świat ma też innych obrońców... - Naprawdę? - zapytałam zdumiona. Pierwszy raz o tym słyszałam! Oboje roześmiali się: - Sądziłaś, że jesteś jedyna? - zapytała Emma. - To by było za proste. Wojowników, takich jak ty, jest wielu, a każdy ma trochę inne zadania, ale wszyscy mają chronić ten świat! - Tak więc - dodał Faustyn - brak jednego nie zaważy na losach świata... - Po prostu wspaniale - mruknęłam ponuro. - Umiecie dołować. A już wydawało mi się, że jestem taka ważna... Oboje spoważnieli. - Jesteś - zapewnili mnie. - Tylko ty jesteś w stanie uwolnić Dzieci Światłości. - A jeśli nie dam rady? I zginę? - zapytałam. - No? Co wtedy będzie? Oboje milczeli długą chwilę, w końcu odezwał się Faustyn: - Wiedziałaś, że możesz zginąć, gdy przyjmowałaś godność wojowniczki, pamiętasz? Uprzedzaliśmy cię o tym.... - Nie sądziłam tylko, że to się stanie tak szybko - burknęłam. - Nie myśl tak! - zaoponowała Emma. - Trzeba myśleć pozytywnie! Jeśli będziesz myśleć, że zostaniesz pokonana i zabita, to naprawdę tak się stanie! Musisz wierzyć w zwycięstwo i wierzyć w to, że ci się uda! - Poza tym - dodał Faustyn - nie wierzę, żeby cię zabili. Mam wrażenie, że będą chcieli cię mieć żywą. - Dlaczego? - spytałam. Faustyn i Emma popatrzyli na siebie: - Znają cię - zaczął Faustyn. - Wiedzą, kim jesteś - ciągnęła Emma. - Wiedzą, jak wielką masz moc. Mamy prawo podejrzewać, że będą raczej chcieli cię wziąć do niewoli niż zabić. - Ale dlaczego? - nie ustępowałam, bo nadal nie rozumiałam. - Aby odebrać ci tę moc, naturalnie! - wzruszyła ramionami Emma. - A to możliwe? - zdziwiłam się. - Nie można odebrać ci samej mocy. Ona jest integralną częścią twojej życiowej energii. Ale można ci ją odebrać razem z energią. - Innymi słowy... zabić mnie?- to nie pyło pytanie, tylko stwierdzenie. - Tak. - Coraz lepiej! - jęknęłam zgnębiona. - Tak czy siak zginę. Co za różnica, wcześniej czy później... Zamyśliłam się. Co tu robić? Wiele się dowiedziałam nowego. Nie ma co mówić, bałam się iść do Królestwa Ciemności. Śmiertelnie się bałam. Nie chciałam tam iść, a już za nic nie sama! Ale musiałam, byłam przecież wojowniczką i do tego zostałam wybrana. - Zgoda - rzekłam. - Pójdę, jeśli muszę. Ale jeśli zginę, co z moimi bliskimi? Rodziną, przyjaciółmi? Jak wytłumaczą sobie moje nagłe zniknięcie? Faustyn i Emma znów wzruszyli ramionami. - Wielu ludzi nagle znika i nikt nie wie, co się z nimi dzieje. Jeden więcej, jeden mniej... Poczułam, jak ogrania mnie zimna wściekłość. Jak mogli! Co za znieczulica! Myślałam, że lubią mnie, a oni.... - Czy wyście kompletnie poszaleli? - wrzasnęłam, aż oboje podskoczyli. - Miałam was za dobrych ludzi! A wy chcecie moich najbliższych skazać na straszny los życia w niepewności? Toż taka niepewność, to najgorsze, co może być! Lepsza już wiadomość o śmierci! A wy mnie pouczacie o grzechu pychy! A sami nie grzeszycie obojętnością na los innych?! Oboje popatrzyli na mnie, a potem na siebie z zaskoczeniem. No, tym razem to chyba dopiekłam im do żywego! Może nie powinnam, ale wyładowanie na nich mojego stresu pomogło mi i poczułam się lepiej. Bardziej spokojna i skoncentrowana. - Przepraszamy - odezwała się w końcu Emma. - Źle postąpiliśmy. Cóż, możemy ci obiecać, że jeśli zginiesz, poinformujemy twoją rodzinę o tym, kim byłaś i co robiłaś. - Cudownie! - mruknęłam. - A oni akurat w to uwierzą... A co ja im powiem, jeśli nie zginę, a tylko wrócę stamtąd poharatana jak nieszczęście? Faustyn i Emma zapewne nie wiedzieli, co odpowiedzieć, bo udali, ze nie słyszą. - A czas? - zapytałam. - Jak ja wszystkim wytłumaczę, gdzie byłam i co robiłam tyle czasu? Przecież nie wiem, jak długo tam będę! Wtedy odezwała się Emma: - W Ciemnym Królestwie czas płynie inaczej. Bez względu na to, ile czasu tam spędzisz, tutaj czas będzie stał w miejscu. Nawet gdybyś przeżyła tam całe twoje życie i wróciła tu jak np. 100 - letnia staruszka, będziesz w tym samym wieku, co teraz. Oczywiście, wzbogacona o wiedzę i doświadczenia, jakie tam zdobędziesz - dodała. - A te Dzieci Światła? Gdzie ja mam ich szukać? - To już twoje zadanie. Myślisz, że wszystko ci powiemy? Wysil trochę mózgownicę - odpowiedział, nie bez złośliwości, Faustyn. - Czyli: kochaj nas i żegnaj - mruknęłam. - Inaczej: idź i sobie radź. Spojrzałam spode łba na Faustyna: - Jesteś niezwykle czuły i troskliwy, nie ma co! - wycedziłam. Faustyn tylko się roześmiał. - Dobrze - rzekłam po chwili. - Niech wam będzie. Wskażcie mi wreszcie drogę do tego złego królestwa. Faustyn i Emma ujęli mnie za ręce i w jednej chwili przenieśliśmy się do... jak to określić... to był jakiś plac budowy (pojęcia nie mam, gdzie on był), a pod płotem, okalającym ten plac, zionęła złą atmosferą czarna dziura. Poczułam się nieswojo. - To wejście - rzekła Emma. - Nie jest to przyjemne miejsce - mruknęłam, odruchowo się odsuwając. - Nigdy nie mówiliśmy, że jest - odparła Emma. Odetchnęłam głęboko i wyrzuciłam ręce w górę. - Niech moce Kosmosu, żywiołów i dobra wspomogą mnie! - wykrzyknęłam i w kilka sekund stałam się wojowniczką. - Idę - postanowiłam i zbliżyłam się do dziury. Z wielką niechęcią, muszę przyznać. - Zaczekaj - powiedziała Emma i położyła mi ręce na ramionach. - Pokładamy w tobie wielką nadzieję - rzekła. - Więcej - dodał Faustyn - jesteś naszą jedyną nadzieją. - Ostatnią nadzieją - uzupełniła Emma. Poczułam się dziwnie. Wcale nie jest przyjemnie być czyjąś ostatnią nadzieją! - Wiem - odparłam. - Postaram się was nie zawieść. I skoczyłam. Muszę się przyznać, że zamknęłam oczy: nie miałam na tyle odwagi, aby spojrzeć, w co skaczę. Ale już w czasie skoku otworzyłam oczy. Nie mogłam ryzykować, że po drodze w coś się wplączę, albo coś mnie pochwyci. Spadałam długo, bardzo długo. Co najmniej 10 razy zdążyłam pożałować, że się jednak na to zdobyłam... W końcu spadłam na jakieś miękkie podłoże w kompletnej ciemności... "I co teraz?" - zadałam sobie pytanie. Ciemno, choć oko wykol, a okolica zupełnie nieznana... Niewesoło... Podniosłam się i postanowiłam poczekać, aż oczy przyzwyczają mi się do ciemności. Może coś zobaczę... cokolwiek. I rzeczywiście. Po chwili zaczęłam coś widzieć. Niewiele, ale jednak... W każdym razie spostrzegłam, że jestem w czymś w rodzaju jakiejś groty, a przede mną jest ciemny tunel. Rozejrzałam się dookoła. Niestety, najwyraźniej była to jedyna droga. I najbardziej nieprzyjemna, muszę dodać. Choć nieprzyjemna, to zbyt łagodne określenie. Okropna to już lepsze. Przerażająca - najwłaściwsze. No cóż, nie mam wyjścia. Muszę iść tym tunelem, bo siedzenie w tej grocie do niczego mnie nie doprowadzi. Muszę przecież znaleźć te dzieci... Ruszyłam naprzód. "Boże, trochę światła" - prosiłam w duchu. - "Tu jest tak przeraźliwie ciemno... Nie boję się ciemności, ale jeśli teraz coś mnie dotknie, zwłaszcza coś zimnego, oślizłego i wilgotnego, to zacznę wrzeszczeć" - pomyślałam z wisielczym humorem. Poruszałam się powoli. Byłoby mi łatwiej, gdybym jedną ręką dotykała ściany, ale nie odważyłam się na to. Na samą myśl o tym, że mogłabym niechcący dotknąć jakiegoś mokrego paskudztwa, robiło mi się niedobrze. Szłam długo. Bardzo długo. Chwilami wydawało mi się, że będę tak szła całe wieki i nigdy nigdzie nie dojdę. W końcu jednak coś przede mną zaszarzało. To nie było żadne światło, tylko taka trochę jaśniejsza ciemność. Ale po tak długim przebywaniu w mroku, moje oczy były zdolne zobaczyć wszystkie odcienie czerni. Gdy doszłam do końca tunelu, stanęłam w zdumieniu. Przede mną była wielka, przestronna sala, a na samym jej środku siedziała śliczna, mała, może 5 - letnia dziewczynka i żałośnie płakała. Serce mi się ścisnęło na ten widok, ale nauczona poprzednim doświadczeniem, uciszyłam wewnętrzny głos, nakazujący mi podbiec do dziewczynki i pozostałam na miejscu. Lecz każdy szloch dziecka rozdzierał mi serce. Zastanawiałam się właśnie, czy nie opuścić mego bądź co bądź schronienia, gdzie nikt nie mógł mnie zobaczyć, gdy nagle jakimś innym wejściem, z drugiej strony sali nadeszła kobieta o długich, rudych, falujących włosach i o pięknej, choć śmiertelnie bladej twarzy, w jasnobłękitnej, sięgającej ziemi sukni. Podeszła do dziewczynki i gwałtownie szarpnęła ją za ramię. Dziecko krzyknęło z bólu, a ja przestraszyłam się, że wyrwała jej rękę ze stawu. A kobieta krzyknęła: - Przestaniesz wyć, ty przeklęty bachorze?! Ani chwili spokoju! Jeśli natychmiast nie przestaniesz, wiesz, co cię czeka! Musiało to być coś naprawdę okropnego, bo widziałam, jak dziewczynka z całych sił powstrzymuje łkanie. "Wstrętna wiedźma! - pomyślałam o kobiecie. - "Myślałby kto, że dziewczynka wydziera się na cały świat... a ona tylko łka cichutko..." Kobieta odeszła, a mnie przyszło na myśl, że ta dziewczynka chyba nie może być wrogiem, skoro tak ją tu traktują... Owszem, mogłoby to być na pokaz, specjalnie na mój użytek, ale przecież nikt nie wiedział, że tu jestem... Oderwałam się od ściany i podeszłam bliżej. Dziewczynka była niezwykle piękna jak na takie małe dziecko. Miała jasne, kręcone włosy, buzię małego aniołka, a ubrana była w piękną białą sukienkę z błękitną szarfą. Ten piękny strój stał w tak rażącej sprzeczności z jej psychicznym stanem, że zrobiło mi się jej strasznie żal. Podeszłam do niej, kucnęłam i lekko dotknęłam jej ramienia. Podskoczyła przerażona, odjęła od twarzy rączki i zobaczywszy mnie, o mało nie krzyknęła. - Ciiii... - położyłam palec na ustach. - Nie bój się mnie. Nie zrobię ci nic złego. Nie lękaj się, nie mam wobec ciebie żadnych złych zamiarów. Powiedz mi, kochanie, jak się nazywasz? Łagodne słowa trochę ją uspokoiły. Błękitne oczy spojrzały na mnie z rozjaśniającą je nadzieją. - Honorata - odparła maleńka. Miałam nadzieję... ale teraz nadzieja ta zgasła. - Ale wszyscy nazywają mnie Damą Światła - dodała dziewczynka. Nadzieja w mym sercu rozbłysła na nowo. - Jesteś Damą Światła? Tą porwaną? - upewniałam się. Dziewczynka skinęła głową. - Tak. Przysłano cię, by mi pomóc? Proszę, zabierz mnie do mamy - bródka znów zaczęła jej drgać. Przytuliłam ją mocno do siebie: - Nie martw się, maleńka. Wrócisz do mamy. Ale muszę wpierw znaleźć twojego brata. Gdzie on jest, wiesz może? - Nie - wyszeptała drżącym głosem dziewczynka. - Zabrano go. Oni go zabrali - dodała, z wielką nienawiścią, ale i strachem wymawiając słowo "oni." No cóż, oto jeszcze jedna przeszkoda, którą muszę pokonać. Inaczej to by było za proste. - Posłuchaj, kochanie - powiedziałam. - Muszę odnaleźć twojego braciszka. Na razie cię tu zostawię... - Nie! - mała przywarła do mnie mocno. - Nie zostawiaj mnie! - Nie bój się, wrócę do ciebie, obiecuję! - uspokoiłam ją, gładząc po lokach. - Ale muszę wpierw odszukać twojego brata. Uwolnię go i wrócimy po ciebie. Tylko nigdzie stąd nie odchodź! I nikomu nie mów, że mnie widziałaś, rozumiesz? Mała skinęła główką. - Na pewno wrócisz? - upewniła się jeszcze. - Na pewno. Przecież zostałam przysłana, by was stąd zabrać - ciebie i brata. Nie zostawię cię. Mała znowu skinęła głową. - Nikomu nic nie powiem, obiecuję! - powiedziała i uniosła w górę dwa paluszki. Uśmiechnęłam się i rozejrzałam, zastanawiając się, gdzie też dalej iść. Gdzie może być brat tej małej? Tyle tu wejść... - Wiesz może, dokąd zabrano twojego brata? - zapytałam Damę Światła. Trochę śmieszny wydawał mi się ten tytuł. Pasował do dorosłej osoby, nie do dziecka. Choć mała rzeczywiście zachowywała się jak dama, temu nie mogę zaprzeczyć. Aż czuć było, że nie była zwykłym dzieckiem. - Mówili, że do komnat królowej. A do nich idzie się tamtędy - powiedziała dziewczynka i wskazała rączką jedno z wejść. Uśmiechnęłam się jeszcze raz, aby dodać jej otuchy i szepnęłam: - Czekaj tu. Zaraz wracam po ciebie. I widząc, jak żarliwie skinęła głową, podeszłam do wejścia. Jeszcze raz się obróciłam i zobaczyłam, jak ściska oba kciuki, z mocno zamkniętymi oczami i coś szepcze. Zapewne trzyma kciuki po to, żeby udało mi się ocalić jej brata. Uśmiechnięta weszłam w korytarz. Słodkie dziecko! Ten tunel nie był tak ciemny jak poprzedni. Właściwie ta sala, gdzie spotkałam Damę Światła i pozostałe miejsca też nie były takie bardzo ciemne. Dopiero teraz zauważyłam, że ściany wyglądały jakby zostały zrobione z czarnego kryształu, czy też z jakiegoś rodzaju czarnego lustra, jeśli coś takiego w ogóle istnieje. Tunel był zrobiony z podobnego materiału. Nie było tu żadnego światła, ale lśnienie, jakie rzucały ściany rozjaśniało trochę ciemności. Tunel właśnie się skończył i zobaczyłam przed sobą salę, nieco mniejszą od poprzedniej, za to pełną ludzi. Instynktownie skoczyłam pod ścianę i przywarłam do niej. Po chwili ostrożnie wychyliłam głowę. Pod jedną ze ścian tej sali stał tron, a na nim siedziała kobieta, piękna, ale o śmiertelnie obojętnych oczach. Właściwie można by powiedzieć, że miała martwe oczy. Przyszło mi do głowy określenie "zombie". Ale ona nie była zombie. Miała długie, proste, czarne jak noc włosy, a była ubrana w delikatną jak mgła, długą suknię i płaszcz barwny jak tęcza. Na głowie miała złoty diadem, w uszach kolczyki z pereł a na szyi naszyjnik ze szmaragdów. "To pewnie ta królowa" pomyślałam. Obok jej tronu spostrzegłam rudowłosą kobietę, tę, która szturchała dziewczynkę. Wyglądała na zaufaną królowej, jej "szarą eminencję". A pozostałe osoby w pomieszczeniu to zapewne jej poddani. Tuż przed obliczem królowej stał ten przystojniak, którego już raz widziałam. Stał i wyglądał jak zbity pies, głowę miał spuszczoną, oczy wbite w podłogę. Królowa mówiła: - ...a ty po prostu uciekłeś! Nawet nie podjąłeś walki! Podaj mi choć jeden powód, dla którego nie miałabym cię ukarać! Przystojniak milczał. Najwyraźniej nie miał nic na swoją obronę. - Wojowniczka cię pokonała - ciągnęła królowa. A więc chodziło o mnie! - Na razie cię nie ukarzę, bo wierzę, że tak jak mówisz zostałeś zaskoczony jej siłą. Ale zostaniesz zdegradowany. Przestajesz być dowódcą, a stajesz się zwykłym żołnierzem. Ale jeśli jeszcze raz zawiedziesz, czeka cię śmierć! Ton, jakim zostały wypowiedziane te słowa, zmroził mi krew w żyłach. Och, nie chciałabym być na miejscu tego Adonisa! On sam skłonił się sztywno i odszedł. Całe szczęście, że nie w moim kierunku! Skierował się do jakiegoś innego wyjścia. - A teraz - ciągnęła królowa - zajmijmy się przyjemniejszymi sprawami -dała znak, kiwając ręką ku ludziom, którzy stali w wyjściu na prawo ode mnie. Czterech strażników podążyło przed tron królowej prowadząc między sobą coś... nie, kogoś. Człowiek ten przypominał jednak bardziej coś, bo wyglądał na strzęp człowieka. Strażnicy go otaczali, więc dostrzegałam tylko złote włosy. Takie same jak dziewczynki... To musi być jej brat! O zwyrodnialcy! Żeby tak potraktować małego chłopca! Podprowadzono go bliżej tronu królowej. Ta milczała chwilę, a potem odezwała się: - I cóż, Panie Światła? Czy wreszcie okażesz się rozsądny i oddasz mi swą władzę? Chłopiec podniósł głowę. Ujrzałam jego twarz i... zaczerpnęłam tchu. Była cała w ranach, ale nie była to twarz dziecka! To był dorosły człowiek!Młody, na pewno nie miał ponad 30 lat, niemniej jednak dorosły. A ja myślałam, że będzie w wieku tej małej! Te myśli przemknęły mi przez głowę w ciągu sekundy, a Pan Światła wykrzyknął z żarem w głosie: - Nigdy! Przenigdy! Doskonale wiesz, królowo, że choćbyś nie wiem co robiła, nie wiem, jakie tortury mi zadawała, nigdy ci się nie poddam!Gdybym ci oddał moją moc, skazałbym świat na zagładę, a tego nie chcę i nie wolno mi uczynić! Wolę umrzeć! - Stanie się według woli twojej! Zobaczymy, na ile jest silna! - wykrzyknęła królowa i na dany przez nią znak Pan Światła został podniesiony z powierzchni ziemi, oblepiony czymś... nie wiem, co to było, ale wyglądało jak wyjatkowo gruba pajęczyna i tą pajęczyną został przytwierdzony do sufitu, w nienaturalnej pozie, głową w dół, z wyprężonymi nogami i rękami. Z trudem zdławiłam jęk, widząc, jak jego i tak już porządnie poraniona twarz wykrzywia się w paroksyzmie bólu. Jakże musiał cierpieć! - Zobaczymy, jak długo wytrzymasz! - zawołała królowa i wybuchnęła śmiechem. Cóż to był za straszny śmiech! Braknie mi słów, aby opisać okrucieństwo, jakie było w nim słychać! - Nie będziemy tu czekać, aż ten nędznik wreszcie zdecyduje, co jest dla niego najlepsze - rzekła królowa. - Zbierzemy się tu znowu tutaj jutro, o tej samej porze. Teraz zostawimy go samego. Może ten stan przemówi mu do rozumu, a wy wracajcie do swoich obowiązków. Podwójcie straże! Może się okazać, że przyślą kogoś, aby go uwolnić. Strzeżcie także wejścia ewakuacyjnego! Ktoś może się dostać również tamtędy, choć mało kto o nim wie. Jazda! Z szumem i świstem poddani królowej zniknęli z komnaty, podążając do różnych wejść. Pozostała tylko ona, uwięziony Pan Światła i ja, ukryta w tunelu. - Do zobaczenia, słodki książę - rzekła z obelżywym uśmiechem. - Spotkamy się jutro - dodała jeszcze i zniknęła. Naprawdę zniknęła! Jakaś teleportacja czy co? Nie powinnam się jednak dziwić. Skoro była królową miała zapewne wielką moc magiczną! A jeśli tak, to co ja tu, u diabła, robię? No co ja się porywam? Uratować Pana Światła? To przecież mission imposibble, ja nie posiadam żadnej mocy magicznej, w życiu nie pokonam tej królowej. Te kilka zaklęć, którymi się posługiwałam w walce, nic nie znaczą w porównaniu z jej! Nigdy nie dam jej rady, mowy nie ma!A gdybym nawet wiedziała, jakim cudem ją pokonać, nie wiedziałabym jak uwolnić Pana Światła! A jej podwładni? Czy z nimi też musiałabym walczyć? Kto wie? I co ja teraz zrobię? Rozglądając się uważnie zlustrowałam całą salę. Przekonawszy się, że nikogo nie ma, (choć mogłam tylko mieć nadzieję, że królowej rzeczywiście tu nie ma, a nie, że jest niewidzialna) weszłam do środka. Podeszłam na miejsce, gdzie zawieszony pod sufitem wisiał Pan Światła. Patrzyłam na jego poranioną twarz i tak bardzo było mi go żal! Pan Światła miał zamknięte oczy, ale, jakby wyczuwszy, że ktoś na niego patrzy, otworzył je i spojrzał na mnie. Miał takie same niebieskie oczy jak jego siostra. W jego wzroku pojawiło się pytanie. - Nie lękaj się - powiedziałam. - Nie należę do twoich wrogów. - Kim jesteś? - dobiegło mnie szeptem wypowiedziane pytanie. - Jestem wojowniczką z ziemi - odparłam. - Przysłano mnie tu, abym uwolniła ciebie i twoją siostrę, choć doprawdy nie mam pojęcia, jak to zrobić. Na twarzy Pana Światła pojawiło się coś na kształt uśmiechu. - Przybyłaś tu bez planu? - Miałam plan, ale on dotyczył dwojga dzieci, a nie dziecka i dorosłego! Pan Światła zaśmiał się cicho. - Wybacz, że się śmieję - zwrócił się do mnie. - Sytuacja bynajmniej nie nastraja do śmiechu, ale jestem taki szczęśliwy, że nie jestem już sam, że cała odpowiedzialność nie spoczywa już tylko na mnie, że mam przyjaciela! Nie masz pojęcia, jaka to dla mnie ulga! - Jak mam cię uwolnić, Panie Światła? - zapytałam. - Musisz najpierw uwolnić mnie z tej sieci. - Ale jak? - Chyba znasz jakieś zaklęcia? Przypomnij sobie jakieś. Dobrze, że przyszłaś teraz, mamy trochę czasu. Nikt tu nie przyjdzie aż do jutra... - Chyba, że się dowiedzą, iż ja tu jestem - mruknęłam, zastanawiając się, jakie wybrać zaklęcie. Zwykle w czasie walki pojawiało się same z siebie, automatycznie, ale teraz... Skupiłam się. Starałam się otworzyć umysł. I rzeczywiście, wkrótce nabrałam pewności, co robić. Złożyłam ręce jak do modlitwy, uniosłam je do góry i wykrzyknęłam: - Miecz światła! W jednej chwili w mojej dłoni pojawił się wspaniały miecz. Machnęłam nim, a wtedy oderwał się od niego strumień światła, który poszybował do góry i uwolnił z więzów Pana Światła. Następnie otoczył go i lekko postawił na ziemi. Gdy Pan Światła dotknął stopami ziemi, miecz zniknął. - Dziękuję ci - rzekł Pan Światła. - Teraz odszukajmy moją siostrę i uciekajmy. Znasz drogę powrotną, prawda? Zawahałam się. Jasne, mogę ich poprowadzić do wyjścia, ale jak wydostaniemy się z tej studni, szybu, czy co to jest, to, w co wskoczyłam? Jest przecież to takie wysokie, tyle czasu spadałam... Jak my dostaniemy się na górę? Jeszcze nie skończyłam sie nad tym zastanawiać, kiedy nagle rozległ się głos: - Stać! - i przed nami nieoczekiwanie pojawiła się królowa. Pan Światła instynktownie stanął przede mną, jakby zamierzał mnie bronić. On mnie!Co za rycerskość! - A dokąd się to wybieracie? - spytała królowa. Oboje milczeliśmy. - Pewnie chcieliście uciec? Odpowiedziało jej milczenie. - No co, uważacie, że rozmowa ze mną jest poniżej waszej godności? - krzyknęła królowa, najwyraźniej zniecierpliwiona. Spojrzałam na nią uważnie. - Właśnie - potwierdziłam, choć wcześniej by mi to do głowy nie przyszło. Królowa uśmiechnęła się półgębkiem. - Tupetu ci nie brakuje - odrzekła. - Sprytu, jak widzę, też, skoro tu dotarłaś. Jak się tu dostałaś? No, jeśli myślała, że jej to powiem, to się grubo myliła! Odpowiedziałam jej milczeniem. - Ktoś ci pomógł? "Ani słowa!" napomniałam się w myślach. - Po co tu przybyłaś? Cisza. Królowa zmarszczyła brwi: - Powiesz mi coś w końcu, czy nie? Przechyliłam głowę: - Pewnie mogłabyś mnie zmusić - odpowiedziałam. - Ale dobrowolnie nic ci nie powiem! Widziałam, że królowa trzyma gniew na wodzy i nie powinnam jej drażnić, ale nie potrafiłam się powstrzymać. Królowa nagle roześmiała się. Nie był to wesoły śmiech, ale złośliwy, a zarazem tryumfalny. - Wiem, po co tu przybyłaś! - powiedziała ze śmiechem. - Aby uwolnić Dzieci Światła! No cóż, może się dogadamy... Zawrzyjmy umowę. Wypuszczę Dzieci Światła, ale w zamian za to ty tu zostaniesz! - W niewoli? - zapytałam pewna odpowiedzi. - Oczywiście! W niewoli, a jakżeby inaczej? Zamilkłam. Nie uśmiechało mi się to, ale co mogłam zrobić? W inny sposób Dzieci Światła się stąd nie wydostaną, a przecież to właśnie było moim celem. Miałam zwrócić im wolność. W jaki sposób - to już moja sprawa. No tak, mogłam się tego spodziewać. Szło mi za łatwo! Ale nie było innego wyjścia. - Zgoda - odrzekłam. - Nie! - zawołał Pan Światła. - Ja się nie zgadzam! Nie mogę pozwolić na taką wymianę! To zbyt duże poświęcenie! - Myśl rozsądnie, Panie Światła - odpowiedziałam spokojnie. - Od ciebie i twej siostry zależy światłość. Ja tylko strzegę ziemi, ale nie jestem jedyna. Jest nas wielu, więc jedna mniej, jedna więcej, cóż to za różnica... Poza tym, nie jestem niezastąpiona... Powtarzałam niemal wiernie słowa Faustyna i nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy! - Ale ja nie mogę się na to zgodzić - nie ustępował Pan Światła. Naprawdę był niesamowicie szlachetny i rycerski. - Nie zostawię tutaj bezbronnej dziewicy, aby obronić własną skórę! Uśmiechnęłam się lekko: - Może i jestem dziewicą, ale na pewno nie jestem bezbronna! I pomyśl o swojej siostrze! Zauważyłam, że zaczął się wahać, więc poszłam za ciosem: - Postanowiłam już. Zostaję tu, a ty uciekaj. Pan Światła nagle chwycił moją dłoń i złożył na niej pocałunek. Jeszcze jeden szarmancki gest. - Dziękuję ci - rzekł. - Nigdy ci tego nie zapomnę! Otrzymasz nagrodę za swoje zasługi! "Jeżeli dożyję" przemknęło mi przez głowę. Pan Światła wybiegł, a ja spojrzałam na królową. Zauważyłam, że zmieniła suknię. Teraz miała na sobie inną z jedwabnego brokatu. Też bym chciała mieć podobną! Być może królowa zauważyła moje tęskne spojrzenie i postanowiła spełnić może moje ostatnie życzenie, gdyż skinęła ręką i mój uniform znikł, a na jego miejscu pojawiła się długa suknia ozdobiona koronkami przy szyi i rękawach, z mnóstwem halek pod spodem a na stopach miałam eleganckie buciki. Teraz wyglądałam jak księżniczka, ale księżniczka w niewoli, bo moje nadgarstki były ujęte w złote obrączki spięte łańcuchem, czyli po prostu kajdanki. - Wojowniczka w mojej władzy - rzekła królowa szczerząc zęby. - Kto by pomyślał? Wasza szlachetność, wojownicy Dobra, wreszcie was zgubi. Milczałam. Bo co mogłam odpowiedzieć? W tej właśnie chwili do sali wpadł ten przystojniak, który walczył dla królowej. Padł przed nią na kolana i pochylił głowę: - Wybacz, pani, ale wymyśliłem, jak pokonać wojowni... - i tu podniósł głowę i dostrzegł mnie. - A to kto? - spytał. Nie poznał mnie! - Głupcze, nie poznałeś swojej przeciwniczki? - odrzekła królowa. Przystojniak przyjrzał mi się i po chwili wykrzyknął: - Ależ tak, to ona! Jak ją ujęłaś, pani? - To nie twoja sprawa! Coż z ciebie za wojownik, skoro sama muszę zajmować się sprawami należącymi do twojego rewiru! Niepotrzebni mi tacy niewolnicy! Mam wojowniczkę w swojej mocy, a twoje usługi nie są już potrzebne! - dodała i jednym ruchem ręki zmieniła go w kamień. Następny gest spowodował, że kamień rozsypał się w pył. - Śmieci należy usunąć - rzekła królowa zwracając się do mnie. - Takie śmieci jak ja? - spytałam drżąc pod wpływem demonstracji jej siły. - O nie, moja droga, ty nie jesteś śmieciem, lecz diamentem, zbyt wiele wartym, aby go wyrzucić - odparła królowa. Potraktowałam to jako komplement. Poczułam się nawet pochlebiana. - Co zamierzasz ze mną zrobić? - zapytałam. Królowa nagle uderzyła mnie w twarz. Cios był niezwykle mocny, jak na kobietę. - Powinnaś zapytać: "Co wasza królewska wysokość zamierza ze mną zrobić?" - upomniała mnie. - No więc co? - zapytałam, postanawiając jak najrzadziej ją tytułować. Mięśnie na twarzy królowej zadrgały, a ja pomyślałam, że chyba wreszcie udało mi się ją rozdrażnić. Na szczęście tylko mi się wydawało, bo po chwili królowa odezwała się spokojnym tonem: - Jeszcze nie wiem. Muszę pomyśleć. Może wyślę wiadomość do twoich przyjaciół i zażądam za ciebie okupu... też jeszcze nie wiem jakiego, może informacji... - blefowała, przecież nic nie wiedziała o moich przyjaciołach, więc nie mogłaby się z nimi porozumieć... ale może myślała, że ich w końcu zdradzę. - Albo może - ciągnęła królowa - zatrzymam cię tutaj jako mojego więźnia... Ty również możesz być źródłem cennych wiadomości... Pamiętaj jednak, abyś mnie nie drażniła. Jeśli się zdenerwuję, mogę być bardzo niemiła. "A kiedy ona jest miła?" - przebiegło mi przez głowę. - A co mi zrobisz? - rzuciłam zuchwale. Zauważyłam gest jej ręki i szybko się poprawiłam: - A co wasza wysokość mi zrobi? - nie miałam ochoty na następne uderzenie. - Wasza królewska wysokość - poprawiła mnie machinalnie królowa. - Co ci zrobię? Mogę wiele. Na przykład poddać cię okrutnym torturom. Uwielbiam krzyki bólu. Albo mogę cię oddać do zabawy moim wojownikom... Oni uwielbiają igraszki z ludźmi. Zadrżałam. Przypomniała mi scena z czwartej części "Harrego Pottera", kiedy po światowych mistrzostwach quditticha śmierciożercy też "zabawiali się" z ludźmi... Jeśli to miałoby być coś podobnego... A ci jej wojownicy to najpewniej jakieś demony i straszydła! O nie! Wszystko, tylko nie to! - A teraz mam do ciebie kilka pytań - odezwała się królowa. - Po pierwsze: kim jesteś? Wiem, oczywiście, że wojowniczką, ale kim jesteś jako zwyczajny człowiek, twoje imię, nazwisko, przydomek, imiona rodziców, adres? Czy ona naprawdę myślała, że jej to powiem? Przecież gdybym się zdradziła, nie pożyłabym długo... Milczałam więc. - Milczysz? Wiec może odpowiesz na inne pytanie: Kto cię tu przysłał? Pomyślałam o Emmie i Faustynie. Może nie byli fantastyczni, ale zdradzić ich nie mogłam. Milczałam. - Nadal nie chcesz nic powiedzieć? A więc odpowiedz chociaż, skąd wiedziałaś, że Dzieci Światła są tutaj? Akurat na to pytanie mogłam bezpiecznie odpowiedzieć. - Powiedziano mi - odparłam. - Kto ci powiedział? Tym razem nic nie odpowiedziałam. - Znowu nic nie mówisz? Pamiętaj, że potrafię cię do tego zmusić! Umiem poddawać torturom... Zrobimy to jutro. A przez noc posiedzisz sobie w więzieniu i pomyślisz sobie, co cię czeka. Może nabierzesz rozumu. Królowa pstryknęła palcami i w jednej chwili znalazłam się w lochu. Moje ręce wciąż były skute kajdankami, ale teraz ich łańcuch przeciągnięty był przez kółko umocowane wysoko w ścianie, tak, że cały czas ręce musiałam mieć uniesione, bo gdy opadały, obrączki wokół nadgarstków ocierały mnie do krwi. Wkrótce ręce mi omdlały i nie mogłam trzymać ich nadal uniesionych. Opadły mi i obrączki zaczęły mnie ranić. Aby zapomnieć o bólu, zaczęłam myśleć o moim położeniu. Niestety, nie było o wiele lepsze od obecnej sytuacji. Prawdę mówiąc, było gorsze. Ogarnął mnie wisielczy humor. Pomyślałam, że nie mam co się martwić bólem nadgarstków, bo jest niczym w porównaniu z tym, co czeka mnie jutro... Bałam się i to bardzo. Widziałam poranioną twarz Pana Światła i na myśl o tym, że mogłabym mieć taką samą, zrobiło mi się niedobrze... Dla mnie to byłoby nawet gorsze, bo jestem kobietą... Wyczerpanie ogarnęło mnie wielką falą i, mimo bólu, zasnęłam. Ocknęłam się, gdy usłyszałam otwierane drzwi. A więc wyjść stąd miałam zwyczajnym sposobem, nie magicznym! Może to głupie, ale na tę myśl poczułam się lepiej. Może i sen trochę mnie wzmocnił... W każdym razie nie byłam tak przygnębiona jak wczoraj... Bo skoro po mnie przyszli miałam prawo przypuszczać, że przespałam całą noc... No, no, niezły wyczyn... Z tymi kajdankami... Weszło kilku wojowników. Czyżby królowa specjalnie ich wybrała, aby mnie wystraszyć? Bo były to najokropniejsze stwory, jakie można sobie wyobrazić! Nie, w ogóle nie można ich sobie wyobrazić! Te, z którymi walczyłam, nawet się do nich nie umywały! Nie odezwali się do mnie - i Bogu za to dziękowałam - dali mi tylko znak, abym z nimi szła. Wyglądali tak przerażająco, że nie śmiałam się sprzeciwić... Wojownicy poprowadzili mnie do komnaty, gdzie byłam wczoraj. Królowa już tam na mnie czekała, siedząc na tronie, jak zwykle przepięknie ubrana, tym razem w suknię z błękitnej organdyny, zwiewnej i delikatnej niczym pianka... Wiele można było jej zarzucić, ale ubrać to się umiała! - No i cóż? - odezwała się do mnie. - Wypoczęłaś? Milczałam. Nie było co odpowiadać na taką jawną prowokację! Królowa zresztą też wcale odpowiedzi nie oczekiwała. - Doszłaś wreszcie do rozumu? - spytała, zerkając na moje nadgarstki. - Odpowiesz w końcu na moje pytania? Sama też spojrzałam na swoje ręce i ogarnęło mnie przerażenie na ich widok. Skórę miałam otartą do kości i dopiero teraz poczułam, że pieką jak diabli! Ale nie mogłam tego pokazać królowej. - Nic waszej królewskiej wysokości nie powiem - oznajmiłam, z trudem nazywając ją tym tytułem. - Nic? - zaciekawiła się królowa. - Będziesz milczeć? - W każdym razie nie będą to słowa, które, królowo, chciałabyś usłyszeć - odparłam, świadoma, że jeśli zechce mnie poddać torturom, raczej nie zdołam zachować milczenia. - Zobaczymy - stwierdziła królowa i klasnęła w ręce. Wojownicy, którzy mnie przyprowadzili, błyskawicznie chwycili mnie za ramiona. Szarpnęłam się wściekle, ale oni byli przecież ode mnie znacznie silniejsi - w każdym razie fizycznie. Pociągnęli mnie na tył sali, gdzie znajdowały się... narzędzia tortur! Gdy tylko je ujrzałam, przyszła mi na myśl hiszpańska inkwizycja. Moje wisielcze poczucie humoru znów dało o sobie znać, bo wyobraziłam sobie skrzyżowanie królowej z Torqemadą i parsknęłam śmiechem. Wszyscy spojrzeli na mnie z zaskoczeniem. Pewnie spodziewali się, że raczej zacznę płakać... - Nic takiego - zapewniłam ich. - Po prostu o czymś sobie pomyślałam... Gdy spojrzałam na królową, wargi znowu mi zadrgały. Uśmiech jednak zamarł mi na ustach, gdy ujrzałam wyraz jej twarzy. Była wściekła, bo była pewna, że śmiałam się z niej. I właściwie... wcale się nie myliła. Królowa pstryknęła palcami i w jednej chwili zostałam przywiązana do jednej z tych maszyn tortur. Moje ręce i nogi były mocno przytwierdzone do kołków na czterech końcach, a ciało musiałam utrzymywać sztywno, bo gdy je opuszczałam, w moje plecy wbijały się różne ostrza, ponieważ pode mną było coś w rodzaju Madejowego łoża. No cóż... jakiś czas zdołam utrzymywać ciało sztywno, ale w końcu sił mi zabraknie, a te noże i szpikulce przeszyją mi ciało na wylot! Lecz to nie było wszystko. Bo po chwili zobaczyłam, że jeden z wojowników zbliża się do mnie z pochodnią w ręku. Nie miałam pojęcia, po co mu, u licha, ta pochodnia, w sali było wystarczająco jasno, dopóki nie zbliżył jej do moich nagich stóp. Poczułam płomień liżący podeszwy moich stóp, przeszył mnie piekący ból, wrzasnęłam i zapadłam w ciemność. Nie wiem, jak długo mnie torturowano, bo na przemian traciłam przytomność i ją odzyskiwałam, nieskończenie wiele razy, czułam tylko ból i marzyłam, żeby już wreszcie to się skończyło, więc nie było mi w głowie liczenie czasu. Przypuszczalnie jednak trwało to kilka godzin. Nie przysięgłabym, że w trakcie tortur królowa nic ze mnie nie wydusiła, ale chyba jednak nie, bo inaczej nie uciekłaby się do tego, co stało się później. Mianowicie zostałam unieruchomiona na maszynie trochę podobnej do krzyża św. Andrzeja. Królowa stanęła naprzeciw mnie, uniosła ręce, a następnie skierowała je ku mnie i zaczęła wypowiadać jakieś dziwne słowa, których nawet nie umiałabym powtórzyć, a które sprawiały, że mój umysł zaczęła ograniać jakaś dziwna mgła, przestawałam nad nim panować. Ogarniało mnie uczucie podobne do tego , jakie przeżywali ludzie poddani działaniu zaklęcia "Imperius" z "Harrego Pottera". Ostatkiem świadomości zrozumiałam, że królowa chce przeciągnąć mnie na swoją stronę, stronę zła. Nie chciałam tego, ale nic nie mogłam poradzić, zło wydawało mi się coraz bardziej pociągające, pragnęłam tylko tego, aby móc mu służyć. Wydawało mi się to zaszczytem. Królowa przestała zaklinać, opuściła ręce i rzekła: - Jesteś teraz moja. Należysz do mnie, prawda? Bez udziału mojej woli i świadomości, moje usta odpowiedziały: - Tak, pani - bo po prostu nie mogły odpowiedzieć inaczej. - Odtąd będziesz mi służyć? - Tak, pani. - Będziesz mi posłuszna? - Tak, pani. - I zostaniesz tu na zawsze, nigdy nie powrócisz do tamtego świata? - Tak... - zaczęłam, ale nie dokończyłam, bo stało się coś dziwnego; czy czary królowej nie były zbyt silne, czy zadziałały jakieś inne czynniki, w każdym razie ośmieliłam się jej sprzeciwić: - Ale ja chcę - rzekłam. - Błagam, pani, pozwól mi wrócić do mego świata. Pozwól mi wrócić, a ja stamtąd będę ci służyć. Tego jednak w planach królowej nie było. Nie wiem, czemu nie chciała mieć na swoich usługach kogoś w naszym świecie, ale to nieistotne. W każdym razie, widząc, że zaczynam się lekko wymykać spod jej kontroli, skierowała w moją stronę jakiś promień z dłoni, a mnie na nowo zaczęła ogarniać ta dziwna mgła. - Ależ gdzie chcesz wracać? - spytała królowa miękkim, hipnotyzująco łagodnym głosem. - Przecież nie ma żadnego innego świata prócz mojego. Tylko to, co tu istnieje, jest prawdziwe, poza tym nie ma nic. Więc gdzie chcesz iść? Nie ma i nigdy nie było żadnego innego świata prócz mojego, rozumiesz? - Nie ma i nigdy nie było żadnego innego świata prócz twojego -powtórzyłam posłusznie, zmuszona do tego przez jej hipnozę. Naprawdę była w tym niezła. - Nigdy nie widziałaś słońca ani niczego oświetlonego nim, prawda? - pytała dalej królowa tym samym tonem. Teraz jednak popełniła błąd. Gdyby nie wypowiedziała tego pytania, prawdopodobnie pozostałabym pod jej władzą. Ale, gdy wypowiedziała "słońce" przed moimi oczami rozbłysła jego jasność i to sprawiło, że wyzwoliłam się spod jego czaru. A może sprawiła to Światłość, reprezentowana przez Dzieci?Nie wiem, w każdym razie nie byłam już w mocy królowej. - Nie! - wykrzyknęłam, aż królowa się cofnęła. - Za daleko się posunęłaś, królowo! Właśnie, że widziałam słońce! Widziałam je w południe tak jasne, że nie mogłam na nie patrzeć! Wiedziałam jak jego zachody i wschody malowały niebo na cudowne kolory, widziałam też księżyc i gwiazdy wskazujące drogę w nocy zbłąkanym wędrowcom! Widziałam tęcze i mgły, widziałam deszcze, śniegi i grady! Widziałam, jak wiosną ziemia budziła się do życia. Widziałam, jak na lato stroiła się w kolorową szatę, widziałam, jak jesienią na jej powitanie przywdziewała purpurowo - złotą suknię i widziałam, jak zimą spała pod śniegową kołdrą! Widziałam i słyszałam to wszystko i wiem, że istnieje! Nigdy o tym nie zapomnę i w żaden sposób nie uda ci się sprawić, abym o tym zapomniała! Nigdy! Królowa zmieszała się. Jej oczy stały się zimne jak stal. Wyciągnęła ku mnie rękę w jednoznacznie groźnym geście: - A wiec giń, niegodziwa dziewczyno! - wykrzyknęła, z jej dłoni pomknęły ku mnie niebieskie płomienie i wbiły się w moje ciało. Poczułam niesamowity ból i zemdlałam. Gdy się obudziłam, byłam pewna, że umarłam. Nic mnie nie bolało, było mi dobrze, ciepło i jasno. Znajdowałam się w pięknym, pomalowanym na biało pokoju, leżałam w miękkim łóżku z cudownie pachnącą pościelą... czułam się po prostu cudownie. A przecież ostatnie co pamiętałam, to sala tortur i ten przeszywający ból... Pewnie te ostrza pode mną i ogień, a zwłaszcza zaklęcie królowej w końcu przyprawiły mnie o śmierć... I znalazłam się w raju. Naprawdę zasłużyłam? Usiadłam na łóżku i zauważyłam, że mam na sobie śliczną, białą, lekką koszulkę a nadgarstki owinięte bandażem. Zgięłam jedną nogę w kolanie i oparłam ją stopą o łóżko, a wtedy poczułam taki ból, że o mało nie krzyknęłam. "Jeśli mnie boli, to znaczy, że nie jestem w niebie - pomyślałam. - Ja chyba żyję. To gdzie, w takim razie, u licha, jestem?" Odsunęłam kołdrę, którą byłam przykryta i spojrzałam na swoje stopy. Też były owinięte bandażem. "Pochodnia" - przypomniałam sobie i skrzywiłam się na samo wspomnienie. Dopiero teraz rozejrzałam się uważniej po pokoju. Po obu stronach łóżka były duże okna przysłonięte koronkowymi firankami, przez które wlewał się blask słońca. Na podłodze leżał piękny dywan (z chęcią określiłabym go jako perski, ale chyba nie był perski, choć miał podobny wzór). Samo łóżko miało baldachim, nie miało jednak zasłon, a obok niego stał mały stolik, a na nim patera z z owocami. Na ich widok poczułam okropny głód. Nic dziwnego, na pamiętałam kiedy ostatnio jadłam... chyba kilka dni temu, ale ile dokładnie? Sięgnęłam po jabłko i zatopiłam zęby w soczystym miąższu. Przepyszne! Jedząc, rozglądałam się dalej. Naprzeciwko łóżka były drzwi. ("Ciekawe, czy są zamknięte na klucz?" - pomyślałam), na prawo od nich stała szafa, a na lewo biblioteczka z książkami. Na lewo od łóżka, na tej samej ścianie, przy której stała biblioteczka, było jeszcze jedno małe okno, a przy nim stała sofa. I to już wszystko... A, nie! Obok szafy, po prawej stronie stała mała harfa. I to było całe umeblowanie. Nawet ładne, ze smakiem, tylko że to na pewno nie jest mój pokój! Gdzie ja jestem?! Chętnie bym wstała z łóżka, ale nie mogłam chodzić, więc pewnie jeszcze się wstrzymam. No cóż, jedno jest pewne: jeśli jestem opatrzona, mam jedzenie i wygody, to na pewno nie jestem w rękach moich wrogów. To miejsce na pewno należy do kogoś, kto jest moim przyjacielem, jeśli otoczył mnie opieką! Ale kto to mógł być? Jaki przyjaciel? Czyżby to Faustyn i Emma? W tej samej chwili drzwi się otworzyły i do pokoju weszła młoda kobieta. Miała na sobie niebieską sukienkę, biały fartuszek i biały czepeczek na głowie. Niosła tacę przykrytą ściereczką. Gdy zobaczyła, że się obudziłam, uśmiechnęła się szeroko, postawiła tacę na stoliku przy łóżku i klasnęła w dłonie. - Och, co za szczęście! - wykrzyknęła. - Wreszcie się panienka obudziła! Jakże się wszyscy ucieszą! A widząc, że trzymam w dłoniach nie dojedzone jabłko, dodała: - Widzę, że jest panienka głodna. Wspaniale, bo to oznacza, że panienka zdrowieje, a ja przyniosłam śniadanie! Zdjęła ściereczkę z tacy i moim oczom ukazały się świeże, chrupiące bułeczki, talerzyki z masłem, miodem i dżemem, malutkie ogóreczki, 4 ugotowane jajka i dzbanek z gorącą herbatą. Na widok tych wspaniałości mój głód wzmógł się jeszcze bardziej. - Zje panienka w łóżku, czy usiądzie przy stoliku? - spytała pokojówka, bo, jak się domyśliłam, musiała ona być pokojówką. - Chyba nie mogę wstać... - rzekłam niepewnie. Dziewczyna skinęła głową: - Ach tak, stopy... No i nadgarstki... Przepraszam, zapomniałam. Nic nie szkodzi, podam panience śniadanko do łóżka... - Przepraszam, ale gdzie ja jestem? Pokojówka zaśmiała się: - Proszę się nie niepokoić, panienko, jest panienka wśród przyjaciół. Jak panienka wydobrzeje, wróci panienka do domu... Nie dowiedziałam się wiele nowego, ale jej słowa mnie uspokoiły. Byłam strasznie głodna, wzięłam się więc za śniadanie i nie zostawiłam ani okruszka czy kropelki. Pokojówka była zadowolona. - No, a teraz panienko, proszę spać. Sen jest najlepszym lekarzem. Po jedzeniu rzeczywiście poczułam się senna, więc usłuchałam jej. Gdy już wychodziłam, spytałam ją jeszcze: - Jak masz na imię? - Izolda. Jestem pokojówką - odparła, zgodnie z moimi przewidywaniami. - A ja mam na imię Gabriela - dodałam.- Proszę, mów do mnie po imieniu, nie zwracaj się do mnie per "panienko". Czuję się dziwnie. - Dobrze... panienko - uśmiechnęła się pokojówka i wyszła, cicho zamykając za sobą drzwi. A ja zapadłam w sen. Gdy się obudziłam, czułam się silniejsza. Postanowiłam, że sprawdzę, czy mogę chodzić. Wstałam z łoża i stanęłam na podłodze. Nogi lekko pulsowały, ale był to niewielki ból, więc mogłam to wytrzymać. Nadgarstki w ogóle mnie nie bolały. Byłam ciekawa, jaki też widok rozciąga się z okna. Podeszłam więc do jednego z nich i... zamarłam z zachwytu. "Przecież to Arkadia!" to była pierwsza myśl, jak przyszła mi do głowy. Przede mną rozciągały się łąki, zielone jak trawa na wiosnę. Na gałęziach będących gdzieniegdzie drzew, wisiały jednocześnie kwiaty i owoce, a między trawą łąki było tyle kwiatów, że aż w oczach się mieniło i wydawało mi się, że powietrze musi być aż przesycone ich zapachem. Nieco dalej pasło się stado owiec, którego nikt nie pilnował. Widocznie mnie potrzebowano pasterza. Ledwie dotknęłam okna, ono od razu się otworzyło. Wciągnęłam głęboko powietrze w płuca i przekonałam się, że się nie myliłam, przeczuwając, że powietrze będzie przesycone zapachem kwiatów. Dziwna jednak rzecz! Powietrze nie było ciężkie, jak można by się spodziewać, ale dziwnie rześkie i świeże. Piękno tej okolicy i jej atmosfera napełniły moją duszę taką rzewnością, że nie mogłam się opanować i wybuchnęłam płaczem. Ten kraj był zbyt piękny, by istnieć naprawdę. To na pewno tylko sen. Piękny, niezwykle piękny, to prawda, ale jednak tylko sen! Płakałam i nie usłyszałam, kiedy otworzyły się drzwi. O tym, że ktoś jest w pokoju, przekonałam się dopiero, kiedy objęły mnie czyjeś ramiona. To był Pan Światła. Przytulił mnie do siebie, a ja w jego objęciach poczułam się tak cudownie, że szybko się uspokoiłam. Wtedy dopiero zapytał: - Czemu płaczesz? Bolą cię rany? A może bardzo tęsknisz do domu? - Nie, nie - odparłam. - To piękno tej okolicy wycisnęło łzy z moich oczu... - Ale mnie przestraszyłaś! - uśmiechnął się Pan Światła. - Uleczyłem twoje rany, jednak zgodnie uznaliśmy, że lepiej będzie, gdy nadgarstki i stopy będą się goić naturalnym sposobem... Zmniejszyłem ból, ale... - Nie martw się, stopy już mnie prawie nie bolą - odparłam. - Mogę chodzić, przecież widzisz. Nie wiedziałam, że potrafisz leczyć! Nie wyglądasz na lekarza! - Nie nadaję się na lekarza- zaśmiał się Pan Światła. - Gdy cię zobaczyłem, po torturach, o mało nie zemdlałem. Musiałem zebrać całą siłę woli, aby się opanować i cię opatrzyć. - A jak mnie znalazłeś? I gdzie ja w ogóle jestem?I skąd się tu wzięłam? - posypały się pytania. - W ogóle to opowiedz mi wszystko, bo nic nie wiem o tym, co się stało od chwili, gdy zemdlałam, przywiązana do tego krzyża św. Andrzeja! - Krzyża świętego...? - nie zrozumiał Pan Światła i po chwili się zorientował. - Aha, chodzi ci o te dwie skrzyżowane deski? Posłuchaj więc. Gdy się rozstaliśmy, pobiegłem do siostry i zaczęliśmy uciekać. Takim tunelem. Chyba ty też nim dotarłaś? No właśnie. Gdy tunel się skończył, znaleźliśmy się w jakimś szybie i popadłem w rozpacz, bo nie wiedziałem, co robić dalej. Wtedy dopiero przypomniałem sobie o mojej mocy. Prawie o niej zapomniałem! Na szczęście powróciła mi pamięć... Przytuliłem do siebie mocno siostrę i skoncentrowałem się. Moja moc przeniosła nas do domu prosto z szybu. Na szczęście nie musieliśmy przechodzić przez twój świat! Nie masz pojęcia, jak szczęśliwa była nasza matka, gdy nas zobaczyła! Popłakała się z radości. Wyleczyła moje rany i kazała sobie wszystko opowiedzieć. A potem jak na mnie nie krzyknie: "Jak mogłeś ją tam zostawić?" - krzyczała. To o tobie. - "Czy niczego cię nie nauczyłam?! Mężczyzna powinien bronić kobiety, a nie odwrotnie!" - "Ależ, matko" - odparłem. - "Ona sama tego chciała, a ja byłem zbyt zmęczony, by się spierać. Ale teraz, gdy odzyskałem siły, wiem, że muszę ją uwolnić." - "Jak to zrobisz"? - zapytała matka. "Mam moją moc" - odparłem. "Starczy ci siły?". "Musi"- odparłem i wiedziałem, że dam sobie radę. I udało mi się wyciągnąć cię stamtąd, choć nie było to łatwe. - Jak to zrobiłeś? - zapytałam zdumiona. - Wysłałem ku tobie Światłość - odpowiedział. - Najpierw musiała cię ona oswobodzić z jakichś czarów, którym zostałaś poddana... - To prawda! - przerwałam. - Królowa usiłowała mnie przeciągnąć na swoją stronę i chciała wyprać mi mózg! Pan Światła pokiwał głową i ciągnął dalej: - Potem Światłość cię otoczyła i przetransportowała tutaj. Byłem przerażony, gdy cię zobaczyłem i znów pożałowałem, że ciebie tam zostawiłem... Przebaczysz mi to? - Nie mam ci nic do przebaczenia - odparłam. - Przecież to ja nalegałam. Ty się zgodziłeś i jestem ci wdzięczna za to. Nigdy nie uważałam, że to twoja wina! I tak nie chciałeś zgodzić się na wymianę... Nie mogę pozwolić, aby twoja matka uważała cię za tchórza... Pójdę do niej i powiem jej prawdę! - ruszyłam ku drzwiom. Ale Pan Światła zatrzymał mnie: - Nie śpiesz się tak! - zawołał. - Nie wolno ci się forsować! Jesteś jeszcze słaba... - Czuję się świetnie! - zapewniłam. - W takim razie przebierz się. Chcesz się mojej matce pokazać w nocnej koszuli? - Tobie to jakoś nie przeszkadza!- miałam ochotę z nim poflirtować, a biedak aż się zaczerwienił. Boże, o czym ja myślę? Kogo podrywam? Po chwili Pan Światła zdołał się opanować: - Moja matka to straszna dama! - powiedział takim tonem, jakby sensem życia jego matki były konwenanse i ceremoniał. Czyżby Zorza naprawdę taka była? No cóż, on ją lepiej znał. - Dobrze - powiedziałam.- Ubiorę się. - Zaczekam na ciebie pod drzwiami i zaprowadzę cię do matki - obiecał Pan Światła i wyszedł. A ja rozglądnęłam się dookoła i mój wzrok padł na szafę. Domyśliłam się, że pewnie tam jest moje ubranie. Otworzyłam ją i aż zamarłam ze zdumienia. Wewnątrz było pełno pięknych ubrań, kolorowych, że aż oczy bolały. Ale mojego uniformu nie było. Musiałam więc wybrać jakieś inne odzienie. Wyciągnęłam zatem pierwszą sukienkę, jaka wpadła mi w ręce. Była to bladoniebieska, długa do ziemi suknia, ciasno opinająca talię, a od bioder układała się na sztywnych halkach. Zauważyłam jeszcze parasolkę o identycznym odcieniu jak suknia i również ją wzięłam. "Przyda mi się, jak będzie deszcz albo słońce"- pomyślałam. Wyszłam. Pan Światła rzeczywiście stał pod drzwiami, a gdy jego spojrzenie padło na mnie, ujrzałam w wjego oczach blask podziwu. Naprawdę nie myliłam się! Podał mi ramię rycerskim gestem i poprowadził do wielkiej sali, gdzie miała być jego matka. Była to cudowna komnata. Naprzeciwko drzwi były dwa okna, a między nimi stała otomana. Przed jednym z okien stał klawikord, a przed drugim fotele, krzesła i kanapa. Na kanapie siedziała matka Pana Światła. Od razu wiedziałam, że to ona, Zorza. Nikt nie mógłby bardziej na nią wyglądać. Miała złote (naprawdę złote, a nie jasne) włosy, sięgające jej do stóp, rozpuszczone na ramiona, mieniące się purpurowozłote oczy, a na sobie szkarłatną szatę z głębokim dekoltem i szerokim, suto marszczonym dołem. Pan Światła miał rację, mówiąc, że jego matka to wielka dama!Powiedziałabym nawet: królowa. Była o wiele bardziej królewska niż tamta królowa w Ciemnym Królestwie! W dodatku ta była o wiele sympatyczniejsza. Siedziała dumnie wyprostowana, ale na ustach miała serdeczny, ujmujący uśmiech. Widać było, że był to najszczerszy uśmiech, nie żaden sztywny, ceremonialny. Wyglądało na to, że ucieszył ją mój widok. Nie miałam pojęcia, dlaczego. Wstała i wyciągnęła ręce do mnie: - Drogie dziecko - rzekła niezwykle melodyjnym głosem. - Jakże ja ci się odwdzięczę? Uratowałaś moje dzieci! Skłoniłam się głęboko: - Nie oczekuję wdzięczności, pani - zapewniłam. - Wypełniłam tylko mój obowiązek. - Ależ ja muszę ci się odwdzięczyć! Nie mogę pozwolić, by to, co zrobiłaś, całe twoje poświęcenie, pozostało bez nagrody! - To naprawdę niepotrzebne! Właściwie... to otrzymałam już nagrodę! Ja uratowałam Dzieci Światła, a Pan Światła mnie! - Rzeczywiście - odparła Zorza. - Ten chłopak to szaleniec... Podobnie jak ty, ryzykował życiem. - Naprawdę? - zdziwiłam się. - Tak - skinęła głową Zorza. - Wykorzystał wiele swojej mocy. Wszyscy mamy jej wiele, ale nie nieskończenie wiele. Jeżeli wykorzystamy całą, wszystkie jej rezerwy, możemy nawet umrzeć. Mój syn wykorzystał ją prawie całkowicie. Gdy cię sprowadził, upadł nieprzytomny i kilka dni musiał leżeć w łóżku. Zwróciłam twarz w stronę Pana Światła. - Dlaczego mi nie powiedziałeś? - zapytałam z wyrzutem. - Przecież mówiłem - zaoponował. - Nie mówiłeś, że aż tak się poświęciłeś.. - Matka nie powinna ci o tym mówić... - Groziła ci śmierć... - Tobie również... Jesteśmy kwita. - Dziękuję ci. Nigdy tego nie zapomnę... - A ja nie zapomnę twoich zasług... Zorza klasnęła w ręce: - Dość już tego, dzieci! - zawołała. - Jesteście sobie nawzajem wdzięczni i niech to wystarczy! Nie musicie się o tym bez końca zapewniać! Wszyscy się roześmialiśmy. Nagle drzwi pokoju się otworzyły i wbiegła przez nie... no tak, któżby inny! Oczywiście Dama Światła - Honoratka! Ta śliczna dziewczynka, którą spotkałam jako pierwszą w Królestwie Ciemności! Ale jakże zmienioną! Wtedy była zapłakana, w brudnej i podartej sukience, z potarganymi włosami. Teraz miała na sobie sukienkę z różowego, błyszczącego jedwabiu, z mnóstwem falbanek, a jej włosy były pięknie ufryzowane. Gdy ją usłyszałam, odwróciłam się ku niej, a ona, ujrzawszy moją twarz, najpierw stanęła jak wryta, a potem rzuciła się ku mnie i mocno objęła mnie w pasie ramionami. - Nareszcie, nareszcie jesteś! - wołała. - Jak to dobrze! Jak się czujesz? - pytała, podnosząc ku mnie twarzyczkę. - Świetnie, kochanie - odparłam, głaszcząc ją po głowie. - To dobrze! Ja też się czuję dobrze, wiesz? - Teraz już tak - roześmiałam się. - Cieszę się, że nic ci nie jest. - Dzięki tobie - zauważyła dziewczynka. - To ty mnie uratowałaś! Bardzo ci dziękuję! - Chodż tu do mnie, dziecino - rzekła Zorza i wyciągnęła do mnie rękę. Honorata podeszła do brata i przytuliła się do niego, a on objął ją ramieniem. Ja podeszłam do Zorzy, a ona pociągnęła mnie za rękę zmuszając, abym usiadła obok niej. - Jak już powiedziałam, zasługujesz na nagrodę. Powiedz, czego pragniesz? Dam ci wszystko. - Ja naprawdę nie zrobiłam niczego dla nagrody. - Wiesz, że ci się należy. Wyjaw mi swoje pragnienia. Spojrzałam jej w oczy: - Tego, czego pragnę, chyba nie jesteś w stanie mi dać, pani. - Jesteś pewna? Wypróbuj mnie. Mogę naprawdę wiele. - Z pewnością, ale tego raczej nie mogłabyś mi dać. - Dlaczego? Czego pragniesz? - Chciałabym, aby mój świat był taki piękny, jak ten. Zorza popatrzyła na mnie chwilę bez słowa, a potem odrzuciła głowę do tyłu i wybuchnęła śmiechem: - Ależ, dziecko - zawołała. - Przecież ten świat to tylko nędzna namiastka twojego! Stworzono go, wzorując na twoim. Twój swiat jest dwa razy piękniejszy, nie zauważyłaś tego? Pomyślałam chwilę. Przypomniałam sobie przede wszystkim obskurne fabryki, szare blokowiska i trujące dymy z kominów, ale... są na nim też przecież jeszcze piękne łąki, skąpane w słonecznym świetle, gdzie tańczą motyle i brzęczą pszczoły... Są piękne lasy, dające ochłodę w skwarne dni i odetchnienie po trudzie... Są piękne, szemrzące strumienie, są ogrody, które dają radość oczom i innym zmysłom. Rzeczywiście mój świat jest piękny! - Wybacz, pani - powiedziałam. - Dopiero teraz to sobie uprzytomniłam. Zorza uśmiechnęła się: - Więc czego jeszcze pragniesz? - Wrócić do domu - odparłam bez wahania. - To życzenie zostanie spełnione i bez prośby - oświadczyła Zorza. - Musisz tylko do końca wydobrzeć. Czego jeszcze chcesz? - Czy ja wiem? - zastanawiałam się. - Chyba chciałabym spotkać mężczyznę, którego pokocham i który mnie pokocha i z którym bedę mogła założyć rodzinę. - Coś mi się wydaje, że i to życzenie już się spełniło - odparła tajemniczo Zorza, przekrzywiając głowę na bok. - Wkrótce sama się o tym przekonasz. Spojrzałam na nią zdumiona, a potem machinalnie przeniosłam wzrok na Pana Światła. Czyżby...? Na samą myśl o tym rumieniec oblał mi nie tylko twarz, ale i szyję. Zorza roześmiała się: - No więc? - zapytała. - Czego jeszcze pragniesz? - Niczego wiecej - odparłam, wciaż nie mogąc oderwać wzroku od Pana Światła. - Chyba, żeby... - No? - ośmieliła mnie Zorza. - Spokoju i pokoju na świecie - dodałam. - Żeby już nie było na nim wojen i nienawiści. Twarz Zorzy spoważniała: - Mogę wiele, ale nie jestem wszechmocna. Poza tym nie wolno mi manipulować wolną wolą was, ludzi. Pokój na świecie zależy tylko od was. Czy naprawdę nie chcesz niczego dla siebie? Niczego zwyczajnego? Bogactwa, władzy, sławy? - A na co mi to? - wzruszyłam ramionami. - Pieniądze szczęścia nie dają, władza wiąże się z ogromną odpowiedzialnością , a jeśli będzie mi zależało na sławie, bedę mogła sama się o nią postarać... - W takim razie - Zorza położyła mi ręce na ramionach - dam ci coś, czego nie można kupić za pieniądze, ani zdobyć w inny sposób. Oto przywracam równowagę hormonalną w twoim ciele - rzekła innym tonem - . Daję ci zdrowie. Od tej chwili już nigdy na nic nie zachorujesz. Poczułam się dziwnie, ale jednocześnie znakomicie. W życiu nie czułam się lepiej! Byłam po prostu całkowicie zdrowa! Nawet stopy już mnie nie bolały. - Twoje stopy są wyleczone - upewniła mnie Zorza, uśmiechając się wyrozumiale. - Dziękuję, pani - skłoniłam się. - To najwspanialszy dar, jaki mogłaś mi dać. - To prawda - dodał Pan Światła, zbliżając się do nas i trzymając siostrzyczkę za rękę. - Zdrowie to najcenniejszy dar. - "Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz... Bo dobre mienie, perły, kamienie, dobre są, ale gdy zdrowie w cale" - zacytowałam i uśmiechnęłam się. - Czy mogę teraz wrócić do domu? - spytałam. Zaraz potem zaśmiałam się i dodałam: - Przepraszam, zachowuję się jak małe dziecko. Do domu, do mamy... - Wcale nie - opowiedziała Zorza. - To naturalne, że tęsknisz do domu. Oczywiście, że możesz wrócić. Mój drogi - rzekła, zwracając się do Pana Światła - bierz się do roboty. Pan Światła objął mnie, a ja poczułam gorąco rozlewające się po całym ciele. Boże, dlaczego tak reaguję na jego bliskość? Pan Światła na szczęście nic nie zauważył, bo skoncentrował się, a ja zobaczyłam otaczające nas złote kręgi jego mocy. Przed moimi oczami zaczęły się zacierać kontury pokoju, Zorzy i małej Honoraty, aż wreszcie całkowicie zniknęły. Potem znów pojawiły się przed moimi oczami, ale były już inne... Byliśmy bowiem w naszym świecie, w tym samym miejscu, gdzie widziałam go po raz ostatni, przed ziejącą czernią dziurą. A obok stali Emma i Faustyn. Pan Światła puścił mnie a oni głęboko się przed nim skłonili: - Witaj, Panie Światła - rzekli z czcią. - Witajcie - on odparł. - Domyślam się, że mam przed sobą opiekunów Gabrieli. - Tak, panie, to my - odparł Faustyn. - A więc to wy ją przysłaliście, aby uwolniła mnie i moją siostrę? - Tak, to my - odparła Emma. - Dziękuję wam. Udało jej się wypełnić swoje zadanie, choć drogo za to zapłaciła. Na szczęście już po wszystkim. - Cieszymy się, że was widzimy - całych i zdrowych - rzekł Faustyn. - Teraz musimy zablokować to przejście, aby złe moce nie mogły już atakować tego świata. - Będą to robić - rzekłam. - Przecież to tylko jedno z przejść. Ale przynajmniej będzie ich o jedno mniej. Poza tym świat ma swoich obrońców. Na szczęście. - Masz rację - poparł mnie Pan Światła. - Ale do zamknięcia otworu potrzeba wiele energii. - Wydaje mi się jednak, że jeśli wszyscy połączymy nasze siły, uda nam się go zamknąć - odparłam. Rzeczywiście nam się udało. Czarna jama robiła się coraz mniejsza, gdy działaliśmy na nią swoją mocą, aż w końcu całkiem zniknęła. Pan Światła głęboko odetchnął: - Muszę wracać do siebie - rzekł, zwracając się do mnie. - Ale tak trudno mi się z tobą rozstać... - Nie odchodź - wyszeptałam, przytulając się do niego mocno. Wydawał mi się bezpieczną opoką i czułam, że jeśli go zabraknie, nie dam sobie rady. A na samą myśl o tym, że miałby odejść i już nigdy bym go nie zobaczyła, poczułam taki ból, że zrozumiałam, że go pokochałam. Nie umiałabym bez niego żyć! Podniosłam wzrok na niego i zatopiłam spojrzenie w jego wzroku. To co tam zobaczyłam, napełniło mnie błogością. On również mnie kochał! - Najdroższa - wykrztusił, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że Faustyn i Emma wciąż stoją obok nas i wszystko słyszą. - Tak chciałbym tu zostać... z tobą. Ale nie mogę. Nie przeżyję w tym świecie. Lecz ty mogłabyś żyć w moim. Powiedz słowo, a zabiorę cię z powrotem. Pomyślałam o pięknej Arkadii i o tym, że mogłabym tam żyć i mieszkać, razem z Panem Światła. Czy mogłoby istnieć większe szczęście? Ale... czy mogę zostawić rodzinę, przyjaciół, cały świat? Jak mogłabym opuścić Emmę i Faustyna? Jak mogę zdradzić swoją misję? - Nie - odparłam z bólem serca. - Nie mogę. Tutaj jest moje miejsce. - Dlaczego tak się stało? - zawołał z rozpaczą w głosie Pan Światła. -Dlaczego spotkaliśmy się i pokochaliśmy, jeśli nie możemy być razem? Dlaczego tak okrutnie nas potraktowano? Dlaczego los jest taki niesprawiedliwy? Położyłam mu ręce na piersi: - Tak już jest - odparłam. - Widać tak musiało być. Pan Światła objął mnie mocno i powiedział: - Wiem. Nie wolno nam być razem. Ale tej chwili i tego przeżycia nikt nie ma prawa nam odebrać i nikt nie odbierze! - i przyłożył swe usta do moich ust. Ogarnęła mnie cudowna słabość, nogi się pode mną ugięły... Gdyby mnie nie podtrzymywał, pewnie bym upadła na ziemię. To doznanie było tak oszałamiające, że dopiero po dobrej chwili po ustaniu pocałunku zorientowałam się, że oderwał usta od moich warg. - Och - szepnęłam, podnosząc rękę i dotykając palcami warg. - Nigdy tego nie zapomnę... - Ani ja - odparł Pan Światła, nie wypuszczając mnie z objeć. Widziałam, że chce mnie puścić, ale ramiona nie chcą go słuchać. - Boże, nie, nie mogę cię opuścić! - zawołał z rozpaczą. A czy ja chciałam go opuścić? Przecież stał się dla mnie sensem życia! Wtedy usłyszliśmy głos Emmy: - Nie mieliśmy pojęcia, że tak to się rozwinie... prawda, Faustynie? - Tak - odparł mężczyzna. - I co teraz? Dwie osoby z obcych sobie światów pokochały sie nawzajem... Skoro tak się stało... Emma podeszła do mnie i położyła mi ręce na ramionach: - Nie turbuj się o świat, dziecko - rzekła do mnie. - Wiesz przecież, że ma wielu innych obrońców... Idź za głosem serca. Idź za swym ukochanym. - Zwalniacie mnie z danego słowa? Przecież złożyłam przysięgę... - Wypełniłaś swe zadanie. Możesz odejść. - A moja moc? Stracę ją? - Nie, pozostanie w tobie. Może się zdarzyć, że jeszcze kiedyś będzie ci potrzebna. Zresztą nie można się jej pozbyć, już ci mówiłam. Zamyśliłam się. Najważniejsza przyczyna, dla której powinnam tu zostać, znikła. Ale inne? - A moi rodzice? - zapytałam. - A przyjaciele? - Cóż, rodziców mógłbym zabrać razem z tobą - rzekł Pan Światła. - Ale z przyjaciółmi będziesz musiała się pożegnać. - Trudno - odparłam. - To będzie tak, jakbym na zawsze wyjeżdżała za granicę... Ale to nieważne. Ważne jest to, abym mogła być z tobą. Moi rodzice ze zdumieniem wysłuchali mojej opowieści. Była tak niewiarygodna, że gdyby Pan Światła jej nie potwierdził, pewnie by uznali, że zwariowałam. Ale gdy się dowiedzieli, że odchodzę, zgodzili się pojść razem ze mną. Cała nasza czwórka wróciła więc do pięknej Arkadii. Tak naprawdę kraina ta nazywała się Krajem Barw Zachodzącego Słońca, ale ja zawsze nazywałam ją Arkadią, tak mi ta nazwa do niej pasowała. I choć Zorza uważała, że to tylko nędzna namiastka mojego świata, ja sądziłam, że jest równie piękna, a nawet wydawała mi się piękniejsza... Moi rodzice świetnie się tam poczuli i bardzo zaprzyjaźnili się z Zorzą, a dla małej Honoraty byli jak dziadkowie... A ja oczywiście poślubiłam Pana Światła i uzyskałam tytuł Pani Światła, w odróżnieniu od Damy Światła czyli Honoraty. A gdy tylko stałam się żoną Pana Światła, mój wygląd zmienił się. Włosy urosły mi nagle do stóp, a moja ślubna, biała suknia ze srebrno - niebieskim szalem, zmieniła się we wspaniałą bladosrebrną szatę, a we włosach pojawiły mi się srebrne pompony spływające na koniec ucha. - Nie lękaj się - przemówił mój świeżo upieczony mąż, zauważywszy moje zdumienie, uśmiechając się do mnie z miłością. - To strój odpowiedni do twojej nowej pozycji. Bać się? Z nim niczego się nie bałam! Nigdy więcej nie zobaczyłam Emmy i Faustyna, ale wiem, że znaleźli sobie inną podopieczną. Mogłam tylko mieć nadzieję, że jej nie wyznaczą tak trudnego zadania jak mnie... Ja, po wielu perypetaich, byłam wreszcie szczęśliwa.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki